Minimalizm w praktyce. O aspiracjach

minimalizm-w-praktyce-aspiracje

Inspiracja a aspiracja. Potrzeba bycia docenionym. Budowanie wizerunku poprzez rzeczy. Czy wymarzony styl życia można sobie kupić?

 

W szczycie popularności Tańca z gwiazdami szkoły tańca w całej Polsce przeżywały prawdziwe oblężenie. Gdy czasy świetności osiągnęły telewizyjne programy kulinarne, z półek sklepowych zaczęły znikać masowo rondle, formy do tart, termometry do mięsa i inne tego typu gadżety, które z przeciętnego Polaka miały uczynić następcę Pascala Brodnickiego czy Wojciecha Modesta Amaro w zaciszu własnej kuchni.

 

Inspiracja a aspiracja

Nie neguję ani jednego, ani drugiego. Co więcej, sama jestem święcie przekonana, że dużo lepiej zagospodarujemy własny czas, gdy zamiast oglądać popisy taneczne, pójdziemy poruszać się sami. I kondycja się poprawi, i tłuszczyku się trochę spali, i popisać się przed znajomymi na imprezie będzie można. Inspiracja jest cudowna. Jednakże, nie mylmy proszę inspiracji z aspiracją.

 

Inspiracja to pójście na kurs tańca.

Aspiracja to wykupienie karnetu i pochwalenie się nim przed koleżanką.

Inspiracja to przygotowanie nowego, pysznego dania.

Aspiracja to kupienie dizajnerskiego robota kuchennego i postawienie go na blacie kuchennym.

 

Być docenionym

Rozmawialiśmy kiedyś na blogu sporo o potrzebach. Jedną z tzw. wyższych potrzeb jest potrzeba bycia docenionym i jej chciałabym poświęcić dziś czas. Lubimy, gdy się nas docenia. To zupełnie naturalne. Ja również lubię czuć się doceniona, lubię dobrze wyglądać w oczach oceniających mnie osób. Żeby być docenionym potrafimy zrobić wiele, ale też, a może właśnie przede wszystkim, KUPUJEMY. 

 

Jeśli aspirujemy do określonego stylu życia, najłatwiejszą i najprostszą droga jest KUPIENIE sobie rzeczy, które ten styl życia określają. Dlatego tak łatwo ulegamy magii kina, telewizji i internetu. Chcemy wieść takie życie, jakie się nam pokazuje – idealne, bez skazy, szczęśliwe. To najsilniejsze bodźce sprzedażowe, jakimi jesteśmy bombardowani. Na blogach ten schemat jest również powielany, naturalnie. Nie jest to nic złego w założeniach, jednak to od nas zależy, jak mocno damy się na ten haczyk złapać. Czy będziemy pracować nad naszym życiem i jego postrzeganiem, czy tez pójdziemy najłatwiejszą, ale tez najbardziej zgubną i pustą drogą próby KUPIENIA sobie wymarzonego życia, czy też choćby wyobrażenia o tym życiu.

 

Budowanie wizerunku poprzez rzeczy

Określamy się w społeczeństwie poprzez posiadane rzeczy. Mówiąc profesjonalnie, Twoją markę osobistą określają również marki rzeczy, jakimi się otaczasz. Mogę się wewnętrznie z tym stwierdzeniem nie zgadzać, ale tak jest. Oceniamy się wzajemnie nieustannie, również Ty oceniasz mnie za każdym razem, gdy wchodzisz na mojego bloga. Kupując i pokazując tutaj określone rzeczy (a od tego nie ucieknę) również buduję swój wizerunek w Twoich oczach. Rozumiem ten mechanizm i staram się korzystać z niego bardzo świadomie. Dla mnie ważna jest autentyczność pokazywanych na blogu treści. To oznacza choćby, że nie kupuję przedmiotów tylko „na potrzeby bloga”, żeby móc je pokazać na atrakcyjnych zdjęciach, czy też wzbudzić zainteresowanie. I, jak zwykle, właśnie ta świadomość jest kluczem.

 

Przekładając to na bardziej codzienny przykład. Wykonuję zawód prawnika i wiem, że moi Klienci oczekują, że na spotkaniu czy szkoleniu będę wyglądała w określony sposób, z zachowaniem dress code i wysokiej jakości ubrań, które noszę. Jednocześnie wiem również, że gdybym np. założyła okulary marki Dior czy torbę Louis Vuitton będę postrzegana „lepiej”. Mam tego świadomość, a jednak nie ulegam presji, ponieważ epatowanie markami nie leży w moim kanonie zachowań i wartości. Zdaję sobie sprawę z tego mechanizmu, ale za nim nie idę, a jednak nadal prowadzę swoją kancelarię i potrafię zarobić w niej na chleb.

 

Przez ten przykład chcę pokazać, że choć nie uciekniemy od sieci społecznych zależności, które określają się poprzez rzeczy, nie musimy jednak KUPOWAĆ, żeby w tym społeczeństwie odnaleźć się na pożądanym miejscu. Aspiracja, podobnie jak ambicja, może okazać się zgubna i toksyczna, a samo posiadanie konkretnych rzeczy nie sprawi przecież, że będziemy wieść szczęśliwe życie.

 

Kolejnym razem, gdy staniesz przed kasą, zadaj sobie jedno pytanie: czy rzecz, którą właśnie kupujesz faktycznie jest Tobie potrzebna, czy ma być tylko symbolem życia, do którego aspirujesz?

 

Dziękuję, że jesteś. Pozostańmy w kontakcie:

Simplicite Newsletter
zawsze unikatowe treści, bonusowe materiały, poradniki zakupowe i konkursy

Wartościowy tekst? Podziel się ze znajomymi. Dziękuję!

simplicite

  • Cossette

    Uwielbiam Twoje kompleksowe podejście do poruszanych na blogu tematów.
    Dawniej każda moja chęć powrotu do biegania, rysowania, malowania i całej gamy innych aktywności zaczynała się od zakupu niezbędnych gadżetów „żeby się zmotywować”. Dobrze, że w końcu zaczęłam działać zamiast wymyślać wymówki. Znam wielu artystów, którzy robią niesamowite rzeczy korzystając z najprostszych materiałów jak np. tani długopis z kiosku, a osoby w dresach z dyskontu mają lepszą formę ode mnie. Nie można kupić wszystkiego. :)

    • Tak, trzeba kupić potrzebne gadżety, ale że aspiruję do „minimalizmu” to kupie drogie i porządne żeby mieć na dłużej :D Człowiek to potrafi być czasem głupi ;)

      • Sarkada

        Wcale nie głupi. Zgadzam się. Gdy już musimy coś kupić to oszczędność na jakości jest bardzo pozorna. Obcowanie z dobrze wykonanymi rzeczami daje sporo satysfakcji i oszczędza wielu momentów frustracji.

      • Chodziło mi o kupowanie drogich rzeczy kiedy nie wiadomo czy w coś się wkręcimy :) Przykład na mnie: chciałam nauczyć się jeździć na deskorolce i znalazłam fajną, tylko nigdy wcześniej nie jeździłam więc pożyczyłam od siostry jakąś słabą żeby sprawdzić czy warto i czy mi się spodoba zamiast od razu kupować super pro deskorolkę żeby się przekonać że jednak to nie dla mnie:) Jak coś jest potrzebne to pewnie, nie ma co oszczędzać na jakości ale na start jakiejś nowej aktywności nie potrzeba inwestycji :D

      • Alina

        W 2014 postanowiłam spróbować jogi. Od razu wpadł mi pomysł KUPIĘ SOBIE WŁASNĄ MATĘ. Na szczęście trafiłam na szkolę, gdzie na wyposażeniu jest dużo mat, które można do woli wybierać na praktykach. Po pół roku jak okazało się, że joga mi się podoba, kupiłam sobie własna. Ale nie profesjonalną, tanią. Obecnie mata ta nadaje się do wyrzucenia i zaczęłam się zastanawiać nad kupnem lepsze, bardziej trwałej. Ale z drugiej strony widzę ostatnio również spadek chęci do ćwiczenia w domu. I znowu zaczynam się zastanawiać czy warto wydać 150zł…

  • Mala kacha

    Ja właśnie mam ostatnio problem z tym, że chciałabym sobie „kupić” lepsze życie. W zasadzie żyje mi się dobrze, mam pracę która lubię, dobrego męża, ale cały czas mi czegoś brakuje i tą pustkę staram się wypełnić rzeczami. Cały czas mam wrażenie, że jak kupię jeszcze 2 bluzki i jedna parę butów to będę szczesliwa. Najbardziej mnie boli ten stracony czas na poszukiwaniu idealnych ubrań, których i tak nie znajduję. A ważne rzeczy tj pisanie pracy dyplomowej lub uprawianie sportu leżą i czekają…

    • Parzelka

      Jakbym czytała o sobie!

      • @Mala kacha, @Parzelka tymi komentarzami pokazałyście, że macie to, co jest najcenniejsze – świadomość! Świadomość, że kupowanie wcale nie przybliża Was do tego wymarzonego życia. Teraz tylko trochę silnej woli, odrobinę popraktykowania wdzięczności i to upragnione poczucie szczęścia jest na wyciągnięcie ręki :)).

    • Joanna K.

      Mam dokładnie to samo! Po przeczytaniu tekstu Kasi zastanawiałam się jak mogę wyrazić to, że ciągle czegoś szukam, coś oglądam, analizuję, zestawiam w głowie, kupuję. Ty wyjęłaś mi to z ust! Marnuję na takie czynności tyle cennego czasu, a gdybym go poświęciła na podszlifowanie języka, sport, czytanie książek lub chociaż obejrzenie dobrego filmu to na pewno byłabym bardziej zadowolona niż z kolejnej pary butów…
      Ja mam jeszcze taki problem, że kupując ciągle nowe rzeczy, nosząc je (zakładając po raz 1-wszy) czuję się jakoś tak … lepiej. Wiem, że to głupie, żeby wartościować się poprzez ubrania czy gadżety, ale niestety tak mam. Myślę, że to wynika z moich kompleksów lub potrzeby/presji bycia idealną, profesjonalną i na poziomie. I to jest błędne koło, bo ciągle szukam czegoś co mnie dowartościuje, w czym będę się chociaż chwilę lepiej czuła. Ale to wcale nie sprawia, że jestem szczęśliwsza. Mało tego, marnuję na to tyle czasu.
      Rozumiem też, że to nie są prawdziwe życiowe problemy, ale jest to dla mnie uciążliwe, i coraz gorzej się z tym czuję. Z jednej strony mam tego świadomość, z drugiej nie mam prawdziwego impulsu, żeby to zmienić.

      • To jest, a raczej naprawdę może być prawdziwy życiowy problem. Dopóki dobrze sobie radzisz finansowo, wydawanie, aby poczuć się lepiej nie wpływa aż tak mocno na Twoje życie. A co, jeśli Twoja sytuacja finansowa się pogorszy, a Ty nadal nie będziesz umiała zrezygnować z kupowania sobie dobrego samopoczucia? To już prosta droga do długów, komornika i innych mało przyjemnych sytuacji. Wiem, bo widziałam takie sytuacje. Impuls do zmiany może być pozytywny, ale i negatywny. W końcu najsilniejszym psychologicznie bodźcem jest strach, ale nikogo nie namawiałabym do motywowania się w ten sposób.

  • Maria

    Znam dosłownie kilka osób, które świadomie nie poddają się presji wyglądania w określony sposób i posiadania rzeczy dla podwyższenia swojego statusu. Znam za to mnóstwo ludzi, którzy kupują najdroższe rzeczy, na jakie tylko ich stać, właśnie po to, żeby zrobić na innych wrażenie. Dodam, że często nie mają pojęcia o materiałach, jakości tych rzeczy, nie potrafią też odróżnić rzeczy plastikowych od skórzanych.
    Myślę, że to zjawisko dotyczy nie tylko ubrań czy gadżetów, ale w wielu środowiskach ważne jest co jesz, w jakiej restauracji i do jakiego hotelu jedziesz na wakacje.

    • Tak, absolutnie masz rację. Kupowanie „lepszego życia” nie dotyczy tylko wyglądu (to tylko przykład), ale właściwie każdego aspektu życia. Nie łudzę się, że uda się ten mechanizm wyrugować zupełnie, ale świadomość to jak zwykle pierwszy krok.

    • vinga

      „kupują najdroższe rzeczy, na jakie tylko ich stać” to chyba nie jest największy problem. gorzej gdy kupują rzeczy na które ich nie stać… a takich przypadków jest niestety wiele. byle się pokazać w lepszym, w ich mniemaniu, świetle. byle poczuć namiastkę „luksusu”. byle sąsiad pomyślał, że mam lepiej, niż rzeczywiście mam. chore.

      • Ruda

        Znałam kiedyś chłopaka, który pochodził z bardzo biednej rodziny i chyba ciągle w nim to tkwiło. Faktem było, że zawsze wyglądał jak milion dolarów, ciągle coś kupował, nawet, gdy wynajmował kolejne mieszkania, to kupował do nich nowe meble lub inne przedmioty, które sprawiały, że te mieszkanie wyglądało bardziej luksusowo. Pamiętam, że oszczędzanie tak go mierziło, że nawet gdy powiedziałam, że może nam zrobić herbatę z jednej torebki, bo obaj pijemy słabą (dla mnie to naturalne) to był oburzony, że przecież stać go na herbatę. Oczywiście nie potrafił nic zaoszczędzić i żył w strachu, że to się kiedyś skończy, a on będzie znów biedny.
        Natomiast pokazywanie jak jest się bogatym to po prostu czysta głupota.

      • vinga

        moja Mama pochodzi z takiej biednej rodziny i też nigdy w dorosłym życiu nie potrafiła oszczędzać, rozumiem więc, że takie zachowania mogą mieć jakieś głębsze korzenie. mój brat odziedziczył ten zakupoholizm i mimo że zarabia trzy razy więcej niż ja, nie ma odłożonego grosza i to do mnie przychodzi po pożyczki. i nie widzi w takim stylu życia niczego złego. dla mnie takie przypadki nadają się do leczenia i wcale nie mówię tego złośliwie.

      • Oczywiście, że nasze podejście do pieniędzy jest bardzo mocno uwarunkowane tym, co widzimy w rodzinnym domu. Jednak moc takich przekonań można osłabić, ważne tylko, żeby osoba uzależniona zobaczyła problem. Bo od wydawania można się uzależnić dokładnie tak samo, jak od alkoholu czy nikotyny. I tak samo można to uzależnienie leczyć.

  • Staram sie teraz właśnie racjonalnie podchodzić do zakupów. Dzisiaj zastanawiałam się nad zakupem pięknej narzuty na łóżko w sypialni. Ale mam juz piękną narzutę na łóżko w sypialni i kolejna nie jest mi potrzebna. Owszem, pięknie wyglądałaby w minimalistycznej i odświeżonej sypialni moich marzeń, której… nie mam i w najbliższym czasie mieć nie będę. Więc zaoszczędziłam prawie 120 zł i zrezygnowałam z zakupu. Nie ulegam zazwyczaj społecznej presji na posiadanie czegoś, nie jestem fanką marek, ale lubie porządne jakościowo rzeczy. Staram się kupować to, czego potrzebuję, a nie to, co chciałabym mieć bo ktoś to ma. Nie zawsze mi się udaje, ale jest już lepiej niż było :)

  • Te aspiracje niestety są czasem zgubne. Cenię właśnie u Ciebie Kasiu, że nie epatujesz markami i nie promujesz na tym blogu zasady „zastaw się a postaw się”. Tymczasem niestety blogosfera i yotubosfrea sprzyja takim aspiracjom. Blogerki, które pokazują ciągle haule z Zary czy Zalando, buty Prady, torebki Michela Korsa sprawiają, że inni myślą, iż ich życie jest idealne. Zapraszają też widzów do swoich idealnie urządzonych i ciągle nabywanych domów czy mieszkań. To samo robią blogerzy epatujący najnowszymi gadżetami. Na ludzi to bardzo działa, wytwarza w nich nieograniczone potrzeby zakupowe. Ulegają temu dorośli a co dopiero mówić o nastolatkach. Czasami się zastanawiam czy to nie przynosi ludziom więcej złego niż dobrego. Kiedyś w w telewizji były programy typu reality show, do których niektórzy blogerzy chyba obecnie aspirują kręcąc codzienne vlogi ze swego życia. Tyle, że te pierwsze pokazywały ludzi nie tylko w idealnym świetle a vloger ( co jest oczywiste) wrzuca na swój kanał kawałek swego idealnego życia. A inni oglądają i myślą „jest taki/taka jak ja a ma takie super życie a ja mam tak beznadziejnie”…

    • Kasiu, bardzo się cieszę, że taki jest odbiór. Bo ja nie neguję posiadania markowych rzeczy, nic w tym złego jeśli tylko nie staje się to treścią naszego życia. A na blogerkach wywierany jest naprawdę duży nacisk (od strony klientów, ale też Czytelników), aby było „dużo”, „kolorowo”, „ciągle-coś-nowego”. Naprawdę. Nawet u mnie na blogu teksty, gdzie pokazuję raz na kwartał swoje zakupy cieszą się wyjątkowo dużym zainteresowaniem. Pozostać wiernym swoim wartościom w takich okolicznościach to spore wyzwanie. I tak się ta spirala konsumpcji nakręca.

  • Ev

    Naprawdę świetny post! ;)

  • Dorotka

    Coś w tym jest. Męczy mnie ta wszechobecna presja konsumpcji. Cały czas zewsząd dostaję sygnały, że nie wypada nie kupować / posiadać, że kto nie kupuje wciąż nowego i lepszego albo kto nie bywa tu i tam (albo robi sobie rano pyszną kawę do ulubionego termosu zamiast po drodze do pracy zatrzymać się w popularnej kawiarni po tekturowy kubek bezwartościowej lury, która tylko ładnie wygląda) ten w zasadzie nie istnieje. Bez przerwy spotykam się przy mniejszych i większych sprawach z ogromnym i hałaśliwym „NAPRAWDĘ?? NIE MASZ …???!” ze strony zarówno moich znajomych jak i osób mi praktycznie nieznanych (to a propos taktu). To jest wręcz nieznośne. Najgorsze jest to, że jest tych sygnałów i bodźców tak wiele, że czasami zapominam czego sama chcę i czego sama nie chcę i łapię się na lunatycznym wręcz podążaniu za trendami i traceniu czasu na zakupach albo „bywaniu” w miejscach, które w zasadzie mnie nie interesują, ale są modne. Gdy mam gorszy czas i ulegam takiej presji, że coś powinnam, wypada, byłoby dobrze widziane, to po chwili zaczynam się czuć jak w grze komputerowej, w której liczy się tylko zbieranie jakichś artefaktów. Że muszę zbierać te artefakty żeby zyskać jakieś supermoce, bo (NO PRZECIEŻ!) tylko gdy zdobędę te supermoce będę mogła osiagnąć to czy tamto (albo jeszcze gorzej: w ogóle będę miała prawo spróbować to osiągnąć). I bardzo chcę mówić temu wszystkiemu „NIE”. Że to, że jestem atrakcyjna czy mam dobrą pracę, nie oznacza że muszę to na każdym kroku manifestować, bezmyślnie kupując i gromadząc przedmioty czy dostosowując własny styl życia do tego, który będzie przez masę uważany za fajny i interesujący. Bo czy naprawdę, skoro nie noszę trampek, powinnam posiadać kultowe białe conversy? Czy muszę kupować najnowszy model laptopa, choć jedyne co mogę zarzucić obecnemu to fakt, że był kupiony kilka lat temu? Czy kiedy odwiedzają mnie znajomi, muszę mieć na blacie czajnik za 500zł od modnej w blogosferze marki żeby zaparzyć im pyszną herbatę? Czy muszę przez dwa tygodnie codziennie mieć totalnie inne ubranie w pracy? Czy faktycznie zepsuje to mój biznesowy wizerunek, jeżeli w poniedziałek i piątek założę na siebie tę samą marynarkę, którą lubię?? Czy muszę kupować w modnych salonach, choć wiem, że rzeczy w nich oferowane nie są pod względem jakości absolutnie warte nawet ułamka swojej ceny? Powinnam jeździć do pracy autem, gdy mogę podjechać kilka przystanków miejską komunikacją? W czym jest lepsza zmiotka za 50zł od tej za 3zł? Czy ja w ogóle lubię awokado i rzeczywiście zauważam, że lepiej się czuję odkąd regularnie ładuję je w swoją dietę? Czy każdą książkę, którą chcę przeczytać muszę kupić i położyć na półce, bo odwiedzanie biblioteki masie kojarzy się z brakiem pieniędzy?? Śmieszne, ale i jednocześnie smutne jest takie podejście i taki pęd.

    • Ruda

      To dobrze, że wiesz, że nie musisz. Trzymaj się tego. Z tego, co opisujesz, w Twoim otoczeniu nie jest to łatwe. Tym bardziej – nie daj się zwariować.
      Ja na szczęście nie mam takich problemów, bo nikt mi nie mówi, co mam robić i jak żyć, ale są wokół ludzie, którzy muszą pokazać się, np. mecenas z którego kancelarią współpracuję jeździ wielkim samochodem (takim do którego wejdzie 6-osobowa rodzina i jeszcze walizki się zmieszczą) będąc singlem i jeździ nim codziennie do pracy w centrum miasta (korki!!!), aby dojechać do kancelarii, która jest ok. 800 metrów od jego domu, płaci za parkowanie i jeździ tym monstrum do sądu, choć połączenie tramwajowa ma bardzo dobre (ok. 15-20 minut). Ale przecież jest partnerem w dużej kancelarii, więc inaczej nie może. W takich momentach przypomina mi się scena z „Komedii małżeńskiej” – przyjacielem głównej bohaterki jest kloszard z warszawskiego Dworca Głównego. Siedzą razem w eleganckiej restauracji, a wraz z nimi zestresowany businessmen, który ciągle podkreśla, że ma pieniądze i pozycje i nie może siedzieć z jakimś menelem przy jednym stole. Na to ów bezdomny odpowiada coś w stylu:”Ja na szczęście nie mam konta w banku i mogę jeść obiad z kim chcę”.

      • Riverina

        Nie wiem tylko, czy powinno się aspirować do bycia „wolnym kloszardem”. Chyba niewiele osób do tego pretenduje. Owszem , wolnośc jest kusząca, ale niekoniecznie za tę cenę. Nie dziwię się, ze biznesmen z tej historii czuje się nieswojo. On wybrał inną ścieżkę, prawdopodobnie cięzko na niej pracował, zeby mieć pozycję, a tej wyznacznikiem sa niestety widoczne atrybuty: ubranie, samochód, bizuteria, dobra restauracja. Fajnie, jeśli kogoś w sposób naturalny stać na dobre rzeczy i dobre marki. Nie widzę w tym nic złego. Mimo, ze obie się gniotą, dużo lepiej czuję się w bluzce z jedwabiu niż z wiskozy. Ale jesli nie stać mnie na jedwab to i tak nie kupię udającego go poliestru, tylko właśnie len lub wiskozę. I wydaje mi sie, ze o taką swiadomość chodzi – kupować najlepsze mozliwe rzeczy w swojej klasie ” posiadania”. Bo wówczas nie udaje się kogoś innego, ale jest się soba w najlepszej lub optymalnej wersji.

      • Ruda

        Nie twierdzę, że ktoś powinien aspirować do bycia kloszardem, nawet mi to do głowy nie przyszło. Tamten film to komedia, który poprzez przerysowanie zachowań bohaterów ma wywołać uśmiech. Zresztą polecam na odstresowanie.
        Natomiast pytanie: gdzie wydatki przestają być rodzajem inwestycji w swoją pozycję, a kiedy są tylko dążeniem do posiadania więcej i więcej.
        W kwestii aspiracji materialistyczne to całkowicie nie moja bajka. Również dlatego, że się nie ma końca. Zawsze jest lepszy samochód, lepsza wycieczka – w tym roku np. Nowa Zelandia, w kolejnym np. Madagaskar czy Kenia, a za dwa coś jeszcze lepszego – lot na Księżyc. A jeśli celem jest to, co najlepsze, to nigdy nie osiągnie się zadowolenia.

      • slythia

        Znowu będę się czepiać, lecz nie każdego zadowala komunikacja miejska, nawet gdy połączenie jest stosunkowo wygodne. Czy naprawdę powinniśmy rezygnować z komfortu w imię minimalizmu i oszczędności?

        Odnośnie tego auta. Jeśli mecenas ma rodzinę to zapewne wykorzystuje zalety większego auta. Mógłby oczywiście kupić mniejszy, miejski (równie luksusowy) – lecz czy jest to naprawdę sensowne?

        Wniosek według mnie jest jeden. Patrzmy na siebie i na swoje potrzeby ani bez wmawiania innym, że czegoś potrzebują ani, że czegoś nie potrzebują. Bo krytykując cudze wybory, nawet w naszym mniemaniu absurdalne, robimy to samo, co krytykujemy u innych.

        Komedia komedią, lecz obok menela także nie chciałabym siedzieć. Zapach zepsułby cały obiad.

  • absolutnie cudowny post, dziękuję Ci za niego! Złapałam siebie samą ostatnio na aspiracjach i trochę straciłam z oczu to co ważne. Blogowanie potrafi nieźle namieszać w głowie, trochę poprzestawiać wartości. Najważniejsze, że już dostrzegam problem…Tymczasem, planowaliśmy cudowny weekend w Amsterdamie, nie wypaliło. A walizki już spakowane, dzieci odstawione do dziadków. Usiedliśmy i gorączkowo zaczęliśmy szukać innego miejsca na te kilka dni. Wrocław, może góry, Praga, Bornholm…i tak na prawdę sami przed sobą nie chcieliśmy się przyznać, że chętnie zostalibyśmy w domu. Aż w końcu to powiedziałam. Na głos. I oboje odetchnęliśmy. Bo może i fajnie wyglądałoby to wszystko na insta, ale my po prostu potrzebujemy odpocząć. Pojeździmy sobie na rowerach, pojedziemy do kina, na kolację we dwoje, na spacer wieczorem, zaprosimy znajomych na kolację. Już nie aspiruję by spędzić ten weekend „gdzieś”, bo nie wypada zostać w domu. I niespodziewanie dobrze mi z tym faktem :)

    • Trochę jak w tym tekście o doskonałych blogerkach, prawda? (http://simplicite.pl/blogerki-faktycznie-sa-doskonale/) Niewiele blogujących osób o tym mówi, ale my też czujemy na sobie presję, rywalizację i walkę. O piękniejsze kadry, o ciekawsze teksty, a co za tym idzie o utrzymanie uwagi Czytelnika. Aby tylko nie zatracić w tym siebie, bo wtedy stracimy to, co najcenniejsze – prawdę i autentyczność.

      • Tak! blogowanie czasem przestaje być frajdą. Ale czytelnicy to zauważają i bywa, że boleśnie dają o tym znać. I dobrze, bo wtedy przychodzi otrzeźwienie :) Potrzebne.

    • Ale miło! Takie „ziemniakowanie” w domu też jest miłe, zwłaszcza, że w dzisiejszym, zwariowanym kołowrotku zwanym życiem, często traktujemy dom jak hotel, czy też miejsce wykonywania pewnych obowiązków. Trzeba słuchać tego co podpowiada zdrowy rozsądek, co z tego jak to wygląda z zewnątrz.

  • Monika

    Kiedyś gdzieś przeczytałam takie zdanie: „Kupujemy rzeczy, których nie potrzebujemy, za pieniądze których nie mamy, aby zrobić wrażenie na ludziach, których nie lubimy” – słowem w sedno! :)

  • Nieco humorystyczne, ale jeździłam ostatnio na całą masę spotkań z agencjami i nie przesadzam, co druga dziewczyna miała ten sam zegarek Korsa. Przypadek czy wyznacznik sukcesu i must have?;)

    • Myślę, że wyznacznik. Kiedyś taką rolę w korpo pełniły koszulki polo marki Hilfiger. Wiem, bo dałam się złapać :). Potem widziałam torby Furla i Kors właśnie. Na szczęście mój ulubiony Calvin Klein chyba jeszcze w tą fazę nie wpadł ;).

      • To prawda. W mojej branży (marketing) całe szczęście generalnie jest duży luz i króluje nonszalancja (sygnowana ray banami i hipsterskimi sweterkami), ale czy to zawsze dobrze? No i teraz te przeklęte zegarki za mną chodzą… ale nie dam się, mam nadzieję ;)

      • Karo, nie daj się! One są brzydkie ;).

      • No ten z mocno różową tarczą do mnie mówi… ale nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa, dziękuję za wsparcie:) Ale jak tu zostać kobietą sukcesu bez takiego akcesorium? ;-)

  • Muszę pochwalić ten post, a nie mam nic do dodania, więc tylko:
    JESTEŚ ZAJEBIŚCIE MĄDRĄ OSOBĄ
    a mi się zniszczyło słownictwo po wycieczce i nie zauważysz, że nie udało mi się nic napisać cenzuralnie.

  • sake

    Brawo! Już dawno nie czytałam tak sensownej, przemyślanej i dającej do myślenia wypowiedzi w naszej blogosferze. Naprawdę inspirujący tekst. Dziękuję!

  • Oj, tak… zawsze sie nad tym zastanawiam przy kasie i czasami w innych kwestiach życiowych „czy jest mi TO potrzebne?” Czasami sie udaje a czasami ulegam, ale nadal sie uczę. Najlepsze uznanie i akceptacja jest wtedy kiedy najbliżsi Cie rozumieją i wspierają w tym co robisz. Gorzej jak czasami sie na nich zawodzimy. Pozdrawiam😉

  • Zrewidować swoje wszystkie zakupy można podczas przeprowadzki. Gdy pakuje się 100tny gadżet z mieszkania i końca nie widać zaczyna się wyrzucać to co nie jest potrzebne tak naprawdę. Pakuję właśnie własne mieszkanie i oddałam już kilka worków do sklepów charytatywnych. Z ubraniami zrobiłam porządek już dawno, teraz pozbyłam się akcesoriów, przedmiotów niewiadomego pochodzenia, instrukcji obsługi itd… Najchętniej wszystko bym oddała i wyprowadziła się z jedną walizką.

  • Joanna K.

    Najgorsze jest to, że człowiekiem można tak łatwo manipulować! I wielkie koncerny, sieci robią to tak umiejętnie, że ciężko to nawet zauważyć.
    Przykład torebek i zegarków Michaela Korsa: na początku nie podobały mi się ani torebki, ani zegarki. W miarę upływu czasu i coraz nachalniejszej promocji wszędzie, gdzie się tylko da, złapałam się niejednokrotnie na tym, że rozważałam zakup takiego zegarka i torebki. To straszne, że ludziom tak łatwo wmówić to, co ma im się podobać a co nie.
    Myślę, że od kiedy w blogosferze pojawiły się duże pieniądze i zawód blogera, w znacznym stopniu wypaczyło to tę dziedzinę życia. Teraz to jest mniej więcej 80% marketingu a 20% treści. Nie twierdzę, że współprace blogerów z markami są złe, niemniej bardzo trudno znaleźć już wartościowe rzeczy. Zauważcie, że większość tych ludzi ciągle mówi o tym samym i promuje te same rzeczy (vlogi, haule, denka itp.)
    Dlatego też, bardzo cenię Kasię i jej bloga, bo jest jednym z niewielu wartościowych miejsc w sieci. I dziękuję Ci Kasiu za to, że ciągle nam uzmysławiasz pewne rzeczy. Zobacz ile osób skłoniłaś do refleksji tym jednym tekstem!
    Pozdrawiam wszystkie Czytelniczki:)

    • Dzięki wielkie! Bardzo się cieszę, że mój blog jest tak postrzegany, bo dbam o to bardzo. W zarabianiu na blogu nie ma nic złego, w końcu również wykonuję konkretną pracę, ale to prawda, różnie z tym bywa w blogosferze. Co do manipulacji używanych przez producentów, właściwie wszystkie one mają jedną wspólną cechę – mocno działają na emocje. Będę o tym mówić na warsztacie w trakcie Blog Conference Poznań w najbliższą sobotę, ale też materiał pojawi się na blogu.

  • Chyba dotknęłaś głównego problemu, który napędza nas do zakupów – pozornego kupowania sobie lepszego życia. Bo to przecież łatwiejsze i szybsze od pracy nad sobą. A potem człowiek obrasta w rzeczy, dusi się wręcz i wtedy dopiero sobie uświadamia, że aby być szczęśliwym i wolnym, trzeba się z tego wszystkiego odgruzować. Bo to nie stan posiadania nas definiuje, tylko nasze wnętrze. Jednym to zajmuje mniej czasu, inni nigdy nie wychodzą z błędu.

  • Dokładnie, nie musimy: nie musimy „polować”, nie musimy mieć „zdobyczy”- określenia obecnie używane w internecie są bardzo niepokojące. Wszyscy „testują”, a nie używają. Życie jako nieustanne testowanie, polowanie na zdobycze i „mam i ja”.

    • Tak! Dokładnie to samo zaobserwowałam przekazie reklamowym, takie odwołanie się do pierwotnych instynktów: „zdobywaj”, „wygrywaj”, bo przecież „jesteś tego warta”, prawda? ;))

  • W zupełności się z Tobą zgadzam :) Ale mam też to szczęście, że jestem osobą, która kupuje raczej za mało, a na zakupy chodzi z przymusu nie przyjemności ;) Zanim coś kupię – wpisuje to na listę. Często jest tak, że zanim nadejdzie pora zakupu, ta rzecz przestaje mnie interesować ;) Myślę, że to podejście może mnie ratować od wpływu aspiracji :)

  • Agnieszka Gargas

    Wielkie ukłony za powyższy wpis! :)
    Na szczęście nie jestem osobą podążającą za modą krok w krok, dowartościowanie własnej osoby nie opieram również na poczynionych zakupach. Ciesze się, że nie promujesz ( jak wiele innych blogerek) marek mniej lub bardziej znanych czy luksusowych. Zachwalanie na pokaz wielu rzeczy, produktów i usług w każdym wpisie jest jak dla mnie bardzo irytujące.
    W minimalizmie najważniejsze jest dążenie do doskonałości w oparciu o docenienie i uszanowanie tego co się już posiada.

  • Fabryka Zwycięzców

    Bardzo trafne uwagi. Ja chyba w większości spraw mam na odwrót, jak wszyscy mają to ja na pewno postaram się tego nie kupić. Trochę nie lubię, że co jakiś czas są modne jakieś rzeczy np. ubrania i tyle ludzi je kupuje (nie chodzi o to czy dobre czy złe). To tak jakby byli klonami. Dużo osób chce się upodobnić do znanych osób kupując np. ubrania z ich kolekcji. Jakby to sprawiało, że są sławni i znani. Masz rację co do reklam – to trochę śmieszne, ale reklama batonów często ma wyglądać tak, jakby ten nieszczęsny baton miał sprawić, że nasze życie będzie niezwykle wyjątkowe. Ten niezwykły smak, który obiecują, chwile oderwania od świata, uśmiech na buzi… Szczęście! Prawdziwie szczęście za 1,20 zł w najbliższym sklepie spożywczym obok twojego domu! Trzeba byś ostrożnym. Zdrowy rozsądek przy kupowaniu to podstawa.

  • Fajnie ujęłaś problem! Oby więcej takich postów! Jakoś tak mnie motywują do życia bardziej świadomie

  • Świetnie napisane Kasiu! Zabieram się za czytanie komentarzy. Prawdą jest, że im lepiej/schludniej/”drożej” wyglądamy, tym korzystniej ocenia nas klient. Tak jakby poziom wykonania usługi zależał od marki torebki jaką nosimy. Myślę, że nie wypada wyglądać niedbale, jest to nieprofesjonalne. Ale żadna droga torebka, nie wypełni luk we wiedzy czy doświadczeniu. Może pierwsze wrażenie będzie dobre, ale rzeczywistość zweryfikuje dalszą współpracę. Klient poleci nas, jeśli dobrze wykonamy zadanie, a nie dlatego, że mamy drogie ubrania czy dodatki na sobie.

  • slythia

    Torba LV kupiona w celu bycia postrzeganym „lepiej” jest naprawdę kiepskim pomysłem ;). W dobie wszechobecnych podróbek (szacuje się, że ponad 95% tych toreb to podróbki) nie osiągnie się zamierzonego celu. Sama łapię się na tym, że widząc klasyczne LV na ulicy z góry zakładam, że to kolejna podróbka (co przekłada się negatywnie na wizerunek danej osoby).

    Pewna bardzo mądra osoba pokazała mi, że budowanie swojego wizerunku w oczach innych pieniędzmi i markami jest bezwartościowe, może nam wręcz zaszkodzić. Powinniśmy skupiać się na swoim zachowaniu, charakterze, nie epatowaniu znanymi markami i wszelkimi „must have”. Większe wrażenie wywołamy wiedzą, pewnością siebie, inteligencją czy rozmową niż modną torebką, zegarkiem czy okularami. Dzięki tej nauce staram się traktować drogie marki normalnie – jeśli spodoba mi się kiedyś torebka Korsa to ją kupię – lecz tylko dlatego, że mi się podoba, nie dlatego, że będę przez nią „fajniejsza”. Staram się też wybierać produkty bez ogromnego logo – nikt nie płaci mi przecież za bycie chodzącą reklamą, czułabym się wręcz źle chwaląc się całemu światu „patrzcie, mam torebkę za 5k!”. Bo jakie to ma znaczenie?