Portugalia dzień 2. Lizbona i okolice ciąg dalszy. Co warto zobaczyć?

setubal_3

Dziś drugi i ostatni dzień, kiedy jesteśmy w posiadaniu autka więc w drogę ruszamy bez zbędnych ceregieli, Tzn. najpierw muszę sobie obejrzeć mapę, później mapę w Google Maps, a potem zastanowić się czy na pewno wiem którędy, bo pełnię zaszczytną rolę pilota w trakcie naszych samochodowych wycieczek. Jest to niezwykle stresujące, ale na miejscu kierowcy dopiero bym chyba umarła ze strachu, zwłaszcza po przeczytaniu, że Portugalia ma największy odsetek śmiertelnych wypadków samochodowych w całej Europie. Słitaśnie, co?

Ale żyjemy. Mamo, jeśli to czytasz, to żyjemy! Drugiego dnia nasza trasa wyglądała tak: Lizbona – Palmela – Azeitao – Bacalhoa – Setubal – góry Sierra da Arrabida – Lizbona.

Zobacz także: Relacja z pierwszego dnia w Portugalii, w trakcie którego zwiedziliśmy Sintrę, Cabo da Roca i okolice.

 

Palmela

Malutka miejscowość z zamkiem. Naprawdę niewarta opisu i niewarta zdjęć. Pomińmy to proszę, strata czasu to była. Odnotowuję wyłącznie z kronikarskiego obowiązku i żeby odradzić, gdyby komuś się zachciało tam jechać. Uwierzcie mi, nie warto.

Jedynym, mrożącym krew w żyłach momentem była chwila, gdy zobaczyliśmy jak pies wyskakuje za mury zamkowe z dziedzińca widokowego. Rodzina (właściciele psa, jedyni zwiedzający poza nami) wpadają w popłoch. Córeczka płacze, syn krzyczy, ojciec łapie drugiego psa, a mama? Mama ze stoickim spokojem robi zdjęcia tabletem, zupełnie nie zwracając uwagi na rozgorączkowane dzieci. Na szczęście, skarpa za murem okazała się być dość łagodna i pies, z równie stoickim spokojem co jego pani, zrobił kupkę :).

 

Azeitao i Bacalhoa

Dwie, właściwie połączone ze sobą mieściny. Cały ten region słynie z winnic i genialnego wina oraz serów. Do tego w Azeitao ponoć mieści się fabryka Azulejos. Ponoć, bo generalnie, popełniliśmy dość duży, co do zasady, błąd. Wyjechaliśmy zwiedzać w niedzielę. A niedziela, jak powszechnie wiadomo, dzień wyjątkowo sprzyjający odpoczynkowi. Krótko mówiąc, pocałowaliśmy klamkę. Zarówno Quinta da Bacalhoa czyli okrzyknięta najpiękniejszą portugalską posiadłością pierwszej połowy XV, jak i fabryka słynnych portugalskich płytek, okazały się zamknięte. Trudno, ich strata. Na pocieszenie, zrobiłam sobie zdjęcie z niebieskim psem, obejrzałam ponad 2300-letnie drzewo oliwne i wypiłam kawę w pięknej kawiarni. Przypadkiem napatoczyliśmy się też na niedzielny targ staroci w Azeitao, gdzie zakupiłam po wyjątkowo okazjonalnej cenie porcelanowy kubeczek do kawy, zachęcona faktem, że ma na spodzie fabryczny stempelek. Miałam rację! Kubeczek pochodzi ze słynnej Real Fabrica de Loica Sacavem, która została zamknięta w 1983 roku. Uwielbiam takie znaleziska za 4 euro!

bahalcoa_1

Co ma niebieski, plastikowy pies do produkcji wina? Nie wiem, ale wygląda słodko.

 

azeitao_1

azeitao_2

azeitao_6

Ostatnia wieczerza dość już sfatygowana, ale wyobraźcie sobie tą przepiękną, drewnianą ramę z dużo bardziej współczesnym obrazem, np. czarno-białą grafiką. Cudo!

azeitao_5

Walizka vintage – obowiązkowe wyposażenie podróżnika, a właściwie domu podróżnika.

 

azeitao_4

azeitao_3

Zjawiskowa skrzynia za jedyne 75 euro.

 

Setubal

Setubal, czyli małe miasteczko, ale z ważnym strategicznie portem, znane jest jako kulinarna stolica regionu. Jako atrakcje wymieniane są okoliczne kolonie flamingów i delfinów. Ale first things first. Obiad. Przeszliśmy portową promenadą i opadła mi szczęka. Nidy nie widziałam takich ludzkich tłumów czekających w kolejce do restauracji. Nie jednej, ale chyba dziesięciu. I w każdej kolejka. Plakaty informowały o Festival de Choco Frito. Festival to jasne, frito to smażone, ale choco? W informacji turystycznej okazało się, że choco to kalmary, a akurat trafiliśmy na dzień, gdy lokalnie świętuje się Dzień Smażonego Kalmara. Nie lubię kalmarów. Nie lubię też pozostałych owoców morza. Na szczęście, MM podziela moją niechęć do owoców morza. 

Miły pan w informacji polecił nam też restaurację Tasca da Fatinha (co w jego wymowie brzmiało mniej więcej jak „toszczka da fanińsza” – portugalski jest dziwny), prowadzoną od pokoleń przez rodzinę lokalnych rybaków (tak, okazało się, że to ta z absolutnie najdłuższą kolejką do wejścia! :) i poinstruował, gdzie należy się udać, aby poobserwować ptaki, w tym ponoć flamingi.

Najpierw obiad. Wizyta w tej knajpie to było unikalne doznanie, z wielu względów. Na początku jakimś cudem dostaliśmy się do środka po kilkunastu minutach oczekiwania w kolejce, pan kelner z cudownie ogorzałą twarzą i bujnym wąsem (jakby rano łowił ryby, które teraz serwuje :) krzyknął dos (dwa), MM podniósł szybciutko (i chyba odruchowo) rękę i w tej samej chwili zostaliśmy usadzeni przy stoliku. Stolików mnóstwo, tłoczno, wesoło, pachniało dobrym żarciem, obsługa uwijała się jak w ukropie, pokrzykując co chwila niezrozumiałe dla nas zdania. Zostaliśmy pozostawieni sami sobie, ale wcale nam to nie przeszkadzało :). Menu zdobyliśmy podstępem, korzystając z chwili nieuwagi kelnera, który je zostawił na krześle. Oczywiście, wszystko po portugalsku więc posiłkując się rozmówkami próbowaliśmy rozpaczliwie dociec co jest co. Wybraliśmy, ale jak przyszedł kelner/rybak to okazało się, że te ryby, które wybraliśmy już wyszły więc pod presją czasu zamówiliśmy łososia, a ja też kieliszek wina de la casa. Klasycznie, na początek dostaliśmy chlebek z masłem i przepyszną pastę z sardynek, a potem smażonego łososia. To był król wszystkich smażonych łososi, genialna, najpyszniejsza na całym wielkim świecie porcja łososia. Do tego zapiekane w ziołach i czosnku młode ziemniaczki. Przeżyliśmy kulinarny orgazm wszechczasów. Byliśmy tak głodni, że nie zdążyłam zrobić zdjęcia. Tzn., zrobiłam fotkę łososia, ale już prawie zjedzonego. Kiepska ze mnie blogerka :). Musicie wierzyć na słowo. Zamiast kieliszka, dostałam cały dzbanuszek winka, które było przepyszne i wchodziło szybciutko, co skończyło się lekką fazą upicia (albowiem upijam się już jednym kieliszkiem, a moja ekonomiczna głowa jest już znana w towarzystwie).

[edit: pomimo, że oddaliśmy już samochód, to właśnie kombinujemy jakby tu dojechać do Setubal pociągiem lub autobusem, tylko po to, żeby zjeść obiad w tej knajpie – to chyba najlepsza rekomendacja!]

Po obiadku udaliśmy się na poszukiwanie flamingów. To moje drugie podejście, raz próbowałam już na Kubie, ale ich nie znalazłam. Zgodnie z wytycznymi pana z informacji dojechaliśmy na miejsce, gdzie zastaliśmy imponujące stado przepięknych czterech (słownie: czterech) mew. Cóż, nawet w moim stanie upojenia alkoholowego, nikt mi nie wmówi, że to flamingi.

setubal_2

Oto i wspomniana restauracja. Zdjęcie, gdy już ludzie sobie poszli.

 

setubal_1

I opisywane 4 mewy na dowód.

 

Góry Sierra da Arrabida

Lekko rozczarowani, ale zaspokojeni kulinarnie, postanowiliśmy wracać do Lizbony widokową trasą przez góry Sierra da Arrabida, podziwiając po drodze widoczki i ulokowane wysoko w górach (a czasami przy samej drodze :) pustelnie zakonników należących do klasztoru braci Franciszkanów. O tej drodze portugalski pisarz Jose Saramango napisał ponoć, że „…ze szczytu drogi dostrzega w oddali bezkresne morze i białą wstęgę, która niedosłyszalnie chłosta skalny klif, gdy mimo odległości widzi piasek i kamyczki, bo ocean jest tak przezroczysty, podróżnik myśli, iż jedynie subtelna muzyka mogłaby oddać to, co oczy tylko widzą…”. Cóż, mnie aż tak nie zachwyciła, poza tym wiało straszliwie. Nie umywa się do przepięknych widoków z gór portugalskiej Madery.

sierradaarrabida_1

sierradaarrabida_2

Teraz oddajemy nasze autko i na kolejne dni przesiadamy się do metra i słynnych, lizbońskich tramwajów. Stay tuned!

 

Zadbaj o bezpieczeństwo. Zanim wyjedziesz na wakacje, pamiętaj o ubezpieczeniu.

Wartościowy tekst? Podziel się ze znajomymi. Dziękuję!

simplicite