Jestem wystarczająco dobrą minimalistką

Z nieposiadania również można uczynić wyścig. Taki wyścig angażuje nawet wtedy, gdy nie chce się do niego włączać. Niepokojąco, zauważyłam to również w pewnym momencie u siebie, gdy sama sobie zaczęłam zadawać pytania: Czy mam prawo nazywać siebie minimalistką?, Czy tak naprawdę mam tych rzeczy mało czy dużo?

 

Przeczytałam w ostatnim magazynie Zwierciadło intrygującą zapowiedź pewnego greckiego filmu: „Sześciu znajomych z Aten rusza luksusowym jachtem na morski wypad. Panowie nurkują, łowią ryby, piją wino. Męska sielanka. Do chwili, gdy jeden z uczestników wyprawy wpada na pomysł, by zorganizować grę, która wykaże, kto z ich szóstki jest najlepszy. Tak w ogóle. Od tej pory zaczyna się mierzenie i liczenie. Wszystkiego. Kto ile ma plomb w zębach i cholesterolu we krwi, kto wyrzuci więcej kaczek na wodzie lub szybciej złoży szafkę z Ikei, kto ładniej śpiewa, albo kto ma efektowniejszy wzwód. Rywalizacja z czasem rodzi coraz większe napięcie w grupie. Czyżby dlatego, że zabawa coś nadto zaczęła przypominać życie?” 

 

Konkurs. Wyścig. Kwintesencja współczesnego, konsumpcyjnie nastawionego świata. Wieczna gra, w której ktoś finalnie musi przecież okazać się najlepszym. Minimalizm bywa pokazywany jako trend, który mocno stoi w opozycji do tej gry. Coś, co wreszcie pozwala wyzwolić się spod dyktatu rzeczy. Dawno temu napisałam tekst o liczeniu. O tym, dlaczego będąc aspirującą minimalistką, nie liczę swoich rzeczy wzorem innych minimalistów, choćby Leo Babauty, który znany jest z prób ograniczenia liczby posiadanych przez siebie rzeczy najpierw do 100, a potem do coraz mniejszej liczby. Napisałam wtedy, że nie liczę, bo to paradoksalnie sprawia, że nadal to rzeczy pozostają w centrum zainteresowania z tym, że ich ograniczanie, a nie nabywanie staje się życiowym priorytetem.

 


Dziś, na fali rosnącego zainteresowania minimalizmem, powiem więcej.

Z nieposiadania również można uczynić wyścig.

Wyścig o to, kto ma mniej.

Wyścig o to, kto mniej potrzebuje.

Wyścig o to, kto mniej wydaje.


 

Temat minimalizmu w takim ujęciu niezwykle chętnie podchwytują i podejmują media. Eksperymenty w stylu: żył rok bez pieniędzy, rok chodziła do pracy w tej samej sukience czy zdjęcia ekstremalnie pustych domów japońskich minimalistów to tylko niektóre z przykładów. Są to skrajności, które się doskonale klikają. Budzą duże emocje – z jednej strony wiele osób powie chcę tak żyć, tak się nie da żyć – powiedzą inni. Emocje się rozpalają, oglądalność rośnie.

 

 

Równolegle, obserwuję również dyskusje toczące się na forach i grupach zrzeszających minimalistów. Pełno tam cudownych, mądrych osób, które dzielą się swoim doświadczeniem, ale coraz częściej widzę tam też grę w to, kto jest najlepszy. Kto jest prawdziwszym minimalistą. Kto potrafi mieć jeszcze mniej. Taki wyścig angażuje nawet wtedy, gdy nie chce się do niego włączać. Niepokojąco, zauważyłam to również w pewnym momencie u siebie, gdy sama sobie zaczęłam zadawać pytania: Czy mam prawo nazywać siebie minimalistką?, Czy tak naprawdę mam tych rzeczy mało czy dużo?

 

Gdybym chciała odpowiedzieć na te pytania musiałabym ustawić swój stan posiadania na skali, musiałabym mieć się do czego porównać. Jeśli porównam swój dobytek do tego posiadanego przez wszystkie znane mi osoby – mam mało. Jeśli do japońskich minimalistów z projektu fotografa Thomasa Petersa – mam dużo. Takie porównywanie się każdorazowo ma w sobie „frustracjogenny” potencjał. A tego nie chcę dla siebie. Zaczynając swoją przygodę z minimalizmem chciałam symbolicznie odciąć się od mierzenia i liczenia wszystkiego na czas. Od wyścigu o bycie najlepszym (czytaj: posiadającym dużo rzeczy świadczących o moim statusie). Dlatego i teraz nie pozwolę wepchnąć się w licytowanie kto ma mniej.

Jestem wystarczająco dobrą minimalistką.

 

Wiem, że mój ogląd może być w dużej mierze nieobiektywny. W jaki sposób, Waszym zdaniem, pokazywany i postrzegany jest minimalizm w mediach popularnych?

 

Dziękuję, że jesteś. Pozostańmy w kontakcie:

Simplicite Newsletter
zawsze unikatowe treści, bonusowe materiały, poradniki zakupowe i konkursy

Wartościowy tekst? Podziel się ze znajomymi. Dziękuję!

simplicite

  • Masz bardzo mądre podejście do minimalizmu. Moim zdaniem masz rację. Ja jestem na początku swojej drogi minimalistki, ale też staram się nie skupiać za bardzo na liczbach.

  • Jak najbardziej się zgadzam. Właściwie to w każdej dyscyplinie może znaleźć się ktoś lepszy i ktoś gorszy od nas, a ciągłe skupianie się na porównywaniu może rodzić frustrację. Heh, tak ciężko po prostu cieszyć się tym, co się ma.

  • Ruda

    Pamiętam jeden z komentarzy na Twoim blogu: „Jak możesz nazywać siebie minimalistką, jeśli masz (teraz zgaduje) 7 par butów?” Przecież wiadomo, że minimalizm profesjonalny zaczyna się dopiero, gdy masz 3 pary :)
    Najważniejsze w ograniczaniu posiadania jest poczucie komfortu. nie na początku, bo każda zmiana powoduje dyskomfort. Dopiero gdy spróbujemy i zobaczymy, że to działa możemy osiągnąć spokój i zadowolenie.
    Ja na początku nie potrafiłam pozbyć się książek – po prostu nie – udało mi się zredukować biblioteczkę o ok. 20 pozycji. A teraz, po kilku miesiącach – oddałam do biblioteki kolejne 30 książek. Następnego dnia usiadłam znowu i wyciągnęłam z półek kolejne 60… Wolę oddać je do biblioteki niż sprzedać – po pierwsze: jest szansa, że przeczyta je więcej osób, czyli w globalnym aspekcie wydatek jest dla mnie bardziej opłacalny (większa wartość w kategorii: osobo/książki), a po drugie: gdybym kiedyś chciała znów przeczytać daną książkę – mogę ją sobie wypożyczyć.

    • zocha

      Też mi się przypomniał ten komentarz, jak czytałam ten tekst :) To jest właśnie takie myślenie o minimalizmie, które jest kreowane przez media. Jak dla mnie jest właśnie odwrotnie i to nie ma nic wspólnego z minimalizmem.

    • Minimalizm profesjonalny – dobre! Następną książkę zatytułuję „Jak zostać profesjonalnym minimalistą? ;)))))

      • Ruda

        A podtytuł – „Ja mam tylko 2 pary butów, a Ty?”

      • No i to by się sprzedało! MM mi podpowiada, że powinna być gruba okładka, a w środku tylko 2 zapisane kartki – w końcu minimalizm, nie? ;))

      • Moj luby powiedzial dokladnie to samo :) Ci faceci to jednak maja specyficzny sposob myslenia ;)

    • Ej, ja przez ten komentarz policzyłam buty. Jestem minimalistką 2,5 raza, a może nawet 3 razy jestem minimalistką, bo wyszło mi kilkanaście par.

    • Marek MJX.

      Jak można mieć w naszym klimacie 3 pary butów lub mniej? :D Nawet dla mnie, faceta, jest to nie do ogarnięcia ;)

      Widać fujara jestem a nie minimalista :)

      • Estera Szymecka

        Można!!! mój mąż ma 2 pary, a do niedawna przez ok 4 lata chodził w jednej!!!! W lato i zimę w tych samych. Ma farta bo mu się stopy nie pocą a jeśli już to bezwonnie. Ale uznałam, że przesadza w tych zimowych butach latem. Oczywiście ma klapki w domu też takie piankowe, ale używał ich na basen i wyjazdy…. Dramat jakiś , w 1 kurtce chodził 7 lat. ON NIE JEST MINIMALISTĄ, w ogóle go to po prostu nie obchodzi. Co rok /dwa kupował nową parę po prostu. Sama nie mogę w to uwierzyć, ja mam 10 par butów… Poza tym jest całkowicie normalnym , czystym facetem. Także, można i to nie biorąc udziału w żadnym wyścigu:) :) :)

      • Marek MJX.

        Jedna pare moglbym miec wylacznie przy nastepujacych zalozeniach
        – nie biegam

        – nie chodze na squasha/kosza lub inne sporty halowe
        – nie chodze na basen, w domu chodze boso (to akurat fakt :P)
        – wszedzie woze tylek samochodem i nie potrzebuje dzieki temu typowych butow zimowych
        – nie uprawiam zadnej formy trekkingu – akurat zaimpregnowane buty trekowe pelnia u mnie funkcje butow zimowych.
        – nie mam ogrodka albo innego miejsca w ktorym potrzebuje obuwia roboczego na prywatny uzytek.
        Reasumujac – no niby sie da miec 1-2 pary, ale nie chciabym zeby moj tryb zycia pozwalal na tak pojety minimalizm ;)

      • Estera Szymecka

        A jednak. Dziwny jest i wystepuje w naturze. :
        – NIe biega
        – nie uprawia teakich sportów i nie chodzi na siłownię
        – na basen nosi kapcie piankowe z domu
        – wszedzie wozi tyłek samochodem, bo taki ma zawód
        – mamy ogródek , ale ja go obrabiam, albo on zakłada stare buty dziurawe z zeszłego sezonu. Takie do kopania sobie zostawił.
        Przyznaję więc Tobie rację – jego tryb życia mu ułatwia pewne sprawy.
        Ale ja nie wytrzymałam , i mu kupiłam do Włoch jak jechaliśmy buty takie letnie bardziej, On nienawidzi sklepów, nie ma opcji żeby tam poszedł, więc mu w Zalando wybrałam, i udało sie pasują. On tez ma problem bo lubi jeden jedyny konkretny typ buta. Innych nie nosi. Taki minimalista urodzeniowy, w ogóle nie ma rzeczy. Jak był kawalerem i go rwałam:) to w jego mieszkaniu nie było mebli, tylko łóżko, jak na tych zdjęciach z Japonii. Książki trzymał w kupce obok łózka, no i laptop. Reszta pochowana w jednej szafie w przedpokoju. Jak mu wspomniałam że jest minimalista to zapytał kto to minimalista? :)

      • iwona

        Mój mąż jeszcze do niedawna calutki rok chodził w glanach. Innych butów nie chciał, nie potrzebował, do sklepu nawet siłą i szantażem nie byłam w stanie go zaciągnąć.

      • Marta Re

        Można mój syn ma dwie pary butów. Jedne to całoroczne adidasy a drugie to obuwie trankingowe ( za kostkę). Ale to zbuntowany nastolatek….

  • zocha

    Zgadzam się, że minimalizm jest pokazywany w mediach dokładnie tak, jak to przedstawiasz. Jako wyścig. Kto ma mniej – wygrywa. A kto ma parapet zawalony kwiatami i ziołami w doniczkach, półkę pełną książek, zestaw garnków i komplet talerzy – przegrywa.

    Jestem świeżo po przeprowadzce z 30 m kawalerki do mieszkania dwupokojowego. Muszę przyznać, że zdziwiłam się jakim cudem w tej kawalerce zmieściło się tyle rzeczy! To była dla mnie świetna okazja, żeby części z nich się pozbyć. Przede wszystkim – książek. Ale nie oznaczało to dla mnie pozbycia się wszystkich pozycji. „Historia Rosji”, „Historia Finlandii”, 10 tomów „Historii Polski” do niczego mi się nie przydadzą. Ale słownika języka polskiego oraz ortograficznego – mimo że już z nich nie korzystam – nie oddam, bo to dla mnie ważna pamiątka po mojej ukochanej babci. Nie oddam też cyklu „Ani z Zielonego Wzgórza”, „Opowieści z Narnii”, Tolkiena oraz „Ziemiomorza”, „Baśni” Andersena oraz braci Grimm, a także Wajraka, bo lubię sobie do nich wracać w jesienne i zimowe wieczory. Czasem też kupię nową książkę – coraz częściej na kindla, ale czasem nie oprę się pokusie wersji papierowej. Więc mam w domu półkę z książkami. Ale dzięki temu, że dążę do ograniczenia, mam tylko takie rzeczy, które są dla mnie ważne. I może ktoś uzna, że jest lepszy, bo nie ma miksera do robienia ciasta – ja mam, bo uwielbiam piec. I to się dla mnie liczy :)

    I to, że nie działam już pod wpływem impulsu. Kiedy potrzebuję nowych butów, nie chodzę na oślep po sklepach, ale wyszukuję spokojnie i długo w Internecie takie, które będą dobre jakościowo i będą pasowały do mnie, a nie – do panujących trendów. Nie kupuje na wyprzedażach, choć nic nie potrzebuję, ale żal nie skorzystać z dużej przeceny. Kupuję, kiedy coś mi jest potrzebne. Staram się też naprawiać podniszczone rzeczy. Noszę je, dopóki się dosłownie nie rozpadną.

  • Minimalizm- sriminalizm ;) Jak dla mnie to kolejna „moda”. Za parę lat z tych wszystkich „minimalistów” prawdopodobnie zostanie garstka, która faktycznie poszła za filozofią a nie modą. A reszta odleci za kolejnym trendem ;) Przy czym zaznaczam, że nie potępiam minimalizmu jako alternatywy dla konsumpcjonizmu i mainstreamu, ale uważam że często w formie jaką prezentują blogerzy – neofici, to jest dla mnie wynaturzenie. I ładnie wypunktowałaś tą kwestię wyścigu i licytacji. Odrzuca mnie od takiej formy, bo to się robi dokładnie to samo co mamy w głównym nurcie. Czasem mam wrażenie, że internet i media potrafią wypaczyć nawet najszlachetniejsze ideały :(

    • Niestety, dużo masz racji. Internet i media potrafią wypaczyć nawet najszlachetniejsze ideały. Też aż skręca mnie, gdy widzę kolejny blog o minimalizmie, a na nim co drugi wpis promocja nowych kosmetyków. Ale każdy ma prawo do własnej drogi i własnych błędów. Tylko chcę się mocno odciąć od takich zachowań.

      • Kasia Os

        Jest taki 1 blog nawet ksiazke owa Pani napisala;) I tez w kolko o minimalizmie I klasyce klepie prezentujac coraz to nowe buty, torebki I bluzki, ale tylko w paski:P Niestety, zgadzam sie, duzo w tym mody, a jezeli to tylko chec podazania za moda to szybko ten ktos peknie.. To jak z dieta czy cwiczeniami – nie robimy tego dla innych czy mody, robimy dla siebie! Tylko wtedy sie uda!

      • No pewnie, że tylko wtedy się uda. Chociaż, a ponieważ nietrudno mi się domyślić, kogo masz na myśli, to jednak mocno bym odróżniała blogi o minimalizmie (jako koncepcji), a blogi, gdzie minimalizm występuje głównie jako nurt estetyczny. To zasadnicza różnica, o której zresztą kiedyś pisałam.

      • iwona

        ale ta osoba, co wszyscy wiedzą która :-) odnosi się do minimalizmu jako idei posiadania mało a dobrej jakości, a nie do minimalizmu jako dziedziny sztuki. Też tam widzę spory dysonans.

      • A ja nie wiem kompletnie o kim mowa :) to chyba dobry znak ;)

      • Tu sowa się zgodzi. Dla niej chodzi właśnie bardziej o estetykę niż ten minimalizm o którym tu piszesz. Dlatego wpisy o tych kosmetykach czy ubranich są u niej na miejscu.

  • Iwona Fischer

    No właśnie – a moim zdaniem jesteś na świetnej drodze do optymalizmu – bo tak naprawdę ani konsumpcjonizm ani minimalizm nie jest tym czego podświadomie szukamy. I w Twoich postach świetnie to wychodzi. Nie za mało, nie coraz mniej, nie w wyścigu po cokolwiek, bez jakichkolwiek magicznych liczb – tylko świadomie tyle ile naprawdę potrzebujemy.

    Patrząc na konsumpcjonistyczny świat takie osoby jak my (zastanawiający się nad tym co robią, co kupują i czego rzeczywiście potrzebują) jawią się jak minimaliści albo nawet szurnięci asceci. I w mojej ocenie to stąd to poszukiwanie i dążenie do minimalizmu. Jako negacja pokracznej rzeczywistości. Patrząc na Twojego bloga, widząc Twoje mieszkanie, ciuchy, sprzęty wcale nie podpisałabym się pod tym co napisałaś. Nie jesteś wystarczająco dobrą minimalistką – jesteś rozsądną optymalistką. I wierz mi to nie krytyka – to komplement!

    Popatrz na definicje: Minimum egzystencji – koszyk dóbr, niezbędnych
    do podtrzymania funkcji życiowych człowieka i sprawności
    psychofizycznej. Uwzględnia on jedynie te potrzeby, których zaspokojenie
    nie może być odłożone w czasie, a konsumpcja niższa od tego poziomu
    prowadzi do biologicznego wyniszczenia i zagrożenia życia.

    Życie na własnych warunkach, rozsądne – bez zbędnych dodatków, ale też bez zbędnego ograniczania się to życie optymalisty. Ja nawet poszłabym dalej i oderwała się od tych terminów i napisała po prostu – TO DOBRE I ROZSĄDNE ŻYCIE.

    • Pięknie! Stary dobry horacjański złoty środek!

    • Iwona, masz dużo racji, naturalnie, ale z jednym nie do końca się zgadzam. Dużo się zastanawiałam akademicko nad różnicą pomiędzy optymalizmem, esencjalizmem, a minimalizmem. Swoją drogą, można się pogubić, prawda? :) Doszłam do wniosku, że jednak dążę do tego, żeby chcieć i mieć mniej. Bo to ciągłe mniej mi pomaga. Bo to dla mnie doskonałe narzędzie. To mi ustawia wartości i priorytety w życiu. Dlatego definiuję siebie jako minimalistkę, a nie optymalistkę.

      Prawda jest też taka, że definiując się w określony sposób upraszczam opisywanie tego, co robię, to mi potrzebne, żeby Czytelnik mógł łatwiej zrozumieć, o co mi chodzi. Pewnie, gdybym nie prowadziła bloga, nie byłoby mi to aż tak potrzebne.

      • Iwona Fischer

        Faktycznie masz rację – nie do końca zdefiniowaliśmy niektóre pojęcia, a przy niektórych błądzimy jak we mgle. Ale dla mnie dalej nie jesteś minimalistką, tylko optymalistką, a nawet esencjalistką.
        Drobny przykład: Minimalista ma 1 parę butów (bo tyle wynosi minimum – w dwóch nie da się chodzić na raz, dwie to już w poczuciu minimalisty nadmiar, drugą kupuje jak mu pierwsza spadnie z nóg zużyta do końca). Asceta rezygnuje z butów (i to jest już świadome umartwianie się). Dla mnie minimalizm jest bardzo pokrewny ascezie – zakłada zejście na granicę własnych potrzeb. Kayah ma podobno 200 par (tu trudno mi to nazwać, bo konsumpcjonizm to chyba jednak za mało)! A przecież są osoby deklarujące ponad 1500 par butów !!!??? I tu myślę pojawia się błąd: W porównaniu do Kayah jesteś ze swoimi kilkoma parami minimalistką, ba, nawet beznadziejną ascetką! Ale tylko w porównaniu (te porównania to koszmar naszych czasów). W porównaniu do Babauty (2 pary) jawisz się jako rozbuchana konsumpcjonistka. Kim więc jesteś? Masz kilka par, które świadomie używasz, nic ponad, ale też bez drastycznych ograniczeń (pomimo wszystkich Twoich myśli o tym, że chciałabyś mieć mniej – bo widać jest jeszcze taka nisza, w której widzisz coś ponad to co potrzebujesz).
        Reasumując osoba, która świadomie zaspokaja swoje potrzeby to optymalista/esencjalista (ma tyle co potrzebuje). Popatrz znowu na definicje: Optymalizm «dążność do uzyskania najkorzystniejszych wyników w czymś» – nawet jeśli to, co najkorzystniejsze dla ciebie stale ewoluuje w kierunku „ciągle mniej”.
        Esencjalizm „polega na systematycznym i metodycznym
        rozpoznawaniu rzeczy, które są dla nas najważniejsze, oraz na
        eliminowaniu wszystkiego innego, abyśmy mogli jak najlepiej zająć się
        sprawami najistotniejszymi”. Obie definicje pasują do Ciebie jak ulał. Nieprawdaż?

        To oczywiście mój subiektywny pogląd – nie mam zamiaru Cię na siłę przekonywać – ale dyskusja jest właśnie po to, żeby inspirować się do dalszych przemyśleń po obu stronach.

      • Jasne, rozumiem. Hmm, w takim razie, bazując na Twoich definicjach chyba zdefiniowałabym siebie gdzieś pomiędzy esencjalizmem a minimalizmem. Z oczywistych względów definicja esencjalizmu jest mi bliska, ale jednak niepełna. Bo ja stale badam granice własnych potrzeb. Sprawdzam, czy coś, co chcę posiadać faktycznie jest mi potrzebne. Czy coś, co chcę osiągnąć jest rzeczywistym pragnieniem, czy wynika z innych względów. W tym sensie wciąż chcę MNIEJ.

        Porównania zawsze będą niepełne i przez to nietrafione. Bazując na przykładzie butów – Leo mieszka w Kalifornii, gdzie cały rok jest ciepło, a klimat stały i przewidywalny. Stąd potrzebuje mieć dużo mniej par butów, niż minimalista w Polsce.

  • Kasia, bardzo fajny tekst, w punkt :)
    niestety ścigać można się we wszystkim, nawet trochę wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi. A minimalizm stał się modny, tak samo jak slow life, slow fashion, slow everything więc było tylko kwestią czasu kiedy te wyścigi pojawią się i tutaj.

    • Dziękuję :). Slow everything faktycznie zrobiło się modne, ale w sumie to nie takie złe – może więcej osób się pozytywnie „zarazi” ;)

  • Masz racje, zaczyna to przypominac wyscig. Podobny Problem obserwuje posrod fanow tak modnego teraz bullet Journal – kto prowdzi ladniejsze notatki, kto ma wiecej pomyslow, ladniejsza kaligrafie, sratatata… a przeciez nie o to chodzi! Nasza przestrzen, nasze rzeczy, ubrania czy sposob planowania – Maja sluzyc NAM. To my mamy sie odnajdywac w naszej przestrzeni czy kalendarzu. Nie wyrzuce teraz ulubionych ksiazek z dziecinstwa, bo tak zrobila ta i ta blogerka i tak zaleca autorka ksiazki o minimalizmie, bo mnie skrytykuja, ze nie jestem wystarczajaco dobra. To moje zycie, te wszystkie Ideologie sa dla mnie tylko do czerpania z nich tego, co mi odpowiada w mojej codziennosci :)

  • Ania z Alp

    Jak czytam gdzies o Leo Batucie i jego minimalizmie to troche sie usmiecham, bo gdzies przeczytalam, ze on jest jak mafioso z Wloch: on nie ma nic, wszystko jest „na” zone ;)

    • No cóż, jest w tym nuta prawdy. Faktycznie Leo pisał, że do 100 rzeczy (a potem coraz mniejszej liczby) nie włącza rzeczy, z których korzysta razem z żoną i dziećmi. W tym kontekście może być to lekko mylące.

  • Ja mam znów opory przed nazywaniem siebie minimalistką, choć bardzo wiele założeń jest mi bliskich i korzystam z nich na co dzień. Porównywanie się z innymi raczej nie wnosi nic dobrego, dlatego ja zawsze staram się spojrzeć na siebie z przeszłości. I w tym kontekście mogłabym siebie nazwać minimalistką, bo mam znacznie mniej niż jeszcze 3-4 lata temu, a nawet rok temu. Ale to właśnie kompulsywne, nietrafione zakupy, rzeczy, które posiadałam a z których nie korzystałam, mnie tego nauczyły.
    Tak się zaczęłam zastanawiać, czytając komentarze, i mi chyba w tym momencie bliżej do optymalizmu i esencjalizmu niż minimalizmu.

  • A po co wogole się komukolwiek tłumaczyć, że jest się wystarczającą minimalistką, wystarczającą matką, siostrą czy kobietą ? Najważniejsze jak my się z tym czujemy i czy żyjemy w zgodzie ze sobą.

  • Emilia

    Ja mam to samo podejście jak ty ;) do pewnego czasu chciałam policzyć wszystkie swoje ubrania i schodzić do coraz mniejszej ilości ale ogólna liczba powiedzmy 150 dalej mnie nie zadowalała aż w końcu dałam sobie spokój bo doszłam do stanu gdzie już niczego nie chce wyrzucać i nic się nie marnuje wiec to jest mój osobisty minimalizm w szafie i koniec. Liczba nic nie mówi wiec przestałam zwracać na to uwagę. Oczyściłam dom z niepotrzebnych rzeczy i robię to co kilka miesięcy, staram się madrZe kupować i korzystać z usług i nazywam siebie minimalistką;)

  • Anne

    Minimalizm niestety skomercjalizował się i stał się świetnie sprzedającym towarem. W mediach ale też niestety na blogach o minimalizmie coraz więcej marketingu i wyrachowania.
    Minimalizmem zainteresowałam się jakieś 3 lata temu. Zaczęło się dość typowo, od przepełnionej szafy i wiecznego „nie mam się w co ubrać” pomimo tej szafy pękającej w szwach. Przełomem była dla mnie książka Anny Mularczyk – Meyer „Minimalizm po polsku”. Dzięki niej zrozumiałam np. że wiele moich zakupów, nie tylko odzieżowych, robiłam kompulsywnie i nieprzemyślanie. Dziś bardzo rzadko mi się to zdarza. Zanim coś kupię zastanawiam się, czego potrzebuję, czego mi brakuje i czy na pewno mi tego brakuje. Mnóstwo książek oddałam do biblioteki a kiedyś wydawało mi się że pozbywanie się książek jest niewykonalne. Chętnie też przerabiam i odnawiam meble. Nie z powodów ekonomicznych, bo nie zawsze wychodzi to „tanio”. Po prostu lubię vintage ale lubię też myśl, że dałam czemuś kolejne i często ładniejsze życie, że uniknęłam zbędnego marnotrawstwa.
    Minimalizm uświadomił mi parę spraw i dzięki niemu na pewno jestem teraz dużo bardziej świadomą konsumentką. Dla mnie to jednak tylko narzędzie a nie cel sam w sobie. Dlatego nigdy nawet nie próbowałam ścigać się w tym czy mam dużo czy mało itp. Śmieszy mnie gdy ktoś autorytarnie stwierdza ile mamy mieć rzeczy. Każdy ma inne potrzeby, wynikające ze stylu życia czy upodobań. Dla mnie ta rywalizacja, te wyliczanki i licytowanie kto ma mniej to jest komercja i marketing o którym wspominałam.

  • O, to to. Czasami się łapię, czytając cudze teksty i refleksje (również Twoje) na głupim poczuciu, że coś robię źle, bo inaczej. A potem sobie przypominam, że teksty mają tylko inspirować (co Twoje czynią!), ale ja mogę robić po swojemu. Ostatnio nawet komentowałam, że aktualnie kupuję dużo przedmiotów do domu, bo od niedawna ten dom mam i go urządzam. Zatem – każdemu jego klocki ;)

  • Kolejny ciekawy temat. Gratuluję. To nie tylko kwestia ciekawego bloga i wpisów, ale także pobudzania do przemyśleń. Rzeczywiście wyścig, w każdym niemal temacie jest zauważalny. Drugie zjawisko, które obserwuję to pewnego rodzaju „faszyzm”. Ja tak robię i to jedyna słuszna droga. Przykład: Od kilku miesięcy jestem czytelnikiem blogów z kuchnią wegańską, ponieważ syn jest na diecie bezmlecznej. Jestem zachwycona pomysłami i smakami. Widziałam jednak komentarze gdy taki jak ja, mięsożerca, wyjawił swój zachwyt nad przepisem oraz przy okazji swoją mięsożerność…. Podobnie bywa w przypadku minimalizmu i innych nazwijmy to „postaw”. Powolutku wplatam pomysły w moje życie. Zaczęło się od szafy, jak w większości przypadków. Takie zmiany muszą być procesem. Sęk w tym, żeby chcieć mniej (tytuł w punkt!) a nie tylko mieć mniej. Tylko wtedy nie będzie to normą i życiem, a nie pasmem wyrzeczeń, wyścigiem, czy nawet stresem. Pozdrawiam.

  • ewa

    Ja może z trochę innej strony napiszę – sporo moich życiowych wyborów jest nie do końca oczywistych dla moich znajomych. Ślub na razie nie, kupno mieszkania – nie, dziecko – jeszcze nie w tym momencie, wakacje – nie z biura podróży. Rzeczy – „O jeżu, ale to piękne! ale nie kupię, bo na razie nie potrzebuję”. Niby nic takiego, niby niczego nie trzymam się restrykcyjnie, tylko chcę sobie po prostu żyć miło i dobrze, nikomu nie zawadzać i nikogo nie oceniać. Tylko cholera, dlaczego każdy musi oceniać mnie i porównywać do siebie i innych? I tym sposobem gdzieś w głowie, pomimo usilnych starań siedzi mi w głowie, że moje wybory są jednak lepsze, że jednak ja żyję jakoś lepiej i kręcę się w kółko, bo z niechęci do oceniania… zaczynam oceniać :|
    A z drugiej strony taka sytuacja: znajomi, od roku własne, nowe M4 w nowym budownictwie, nowe meble, nowe wszystko. Miło, ładnie, estetycznie. I słyszę, że poznali ostatnio sąsiadów z klatki i byli u nich na kawie. I tam tak cudnie, wszystko spod ręki architekta, i że po tej kawce wrócili do siebie i źle się poczuli we własnym mieszkaniu, bo u nich wszystko takie normalne. No nic tylko patelnią sobie w głowę przywalić. Albo im. Bo ja na przykład uwielbiam moje wynajmowane mieszkanie, a ichniejsze również mi się podoba.

    • Oj, wiem. Bardzo trudno jest uciec od oceniania w głowie, bo to taki naturalny, ludzki odruch, wręcz biologiczny czasami. Bardzo się za to karcę, jeśli się pojawia :).

  • Magda Kędzierska

    Minimalizm potrafi uzależnić, jak wszystko inne. Sama walczę trochę na dwa fronty, z jednej strony pozbywam się tego co niepotrzebne, z drugiej bardzo staram się by nie przesadzić, bo jak już raz się wpadnie w manię wyrzucania to ciężko się zatrzymać. Jak we wszystkim trzeba znaleźć złoty środek, by dobrze się czuć z tym co się ma. I też nie liczę rzeczy, trochę to dla mnie bez sensu, takie dodatkowe nakręcanie się.

  • Eve S

    Dlatego zamiast określenia „minimalizm” wolę bardziej opisowe rozwiązania typu „racjonalny stosunek do przedmiotów” bo nie szufladkują. I zgadzam się z Tobą że minimalista, który przelicza wciąż swoje przedmioty wciąż jest im podporządkowany i że to w gruncie rzeczy zaprzeczenie uwolnienia od służenia przedmiotom. Bardzo fajny tekst.

  • Majewka

    Ja bardzo lubię wchodzić na Twojego bloga. Jest taki konsekwentny, przewidywalny, przejrzysty, uporządkowany estetycznie i tematycznie.
    Z przyjemnością czytam Twoje teksty o minimalizmie, z ciekawością oglądam zdjęcia i opisy doświadczeń z szafą minimalistki.
    Wiele razy zastanawiałam się, czy ja też tak mam, czy do mnie też minimalizm przemawia. Niby tak, nawet bardzo, a jednak nie do końca…
    Dotknęło mnie, gdy poznałam tytuł Twojej książki „Chcieć mniej”.
    Poczułam sprzeciw, bunt, złość, chciałam nawet pisać do Ciebie, że to kiepski tytuł ;-) Wybacz…

    Bo ja chcę więcej. Ja chcę mocniej. Ja chcę bardziej.
    Nie rzeczy jednak, nie doświadczeń nawet rozumianych jako podróż, lot, przygoda…
    Ja chcę więcej być, bardziej żyć, żyć bliżej innych, pozwalać się poznać i poznawać na jakiś głębszych poziomach niż rzeczy, wizerunki, przygody.
    I żeby zbliżyć się do tych pragnień, potrzebuję minimalizmu, żeby świadomie mieć mniej tego, czego nie chcę. Żeby móc sięgać po to, czego chcę więcej.
    A tego, czego ja chcę, nie da się sprzedać w żaden sposób.
    Więc w internecie tego raczej nie ma.

    Pozdrawiam Cię serdecznie.
    Dziękuję za inspirację do przemyśleń :-)

    • Cześć Majewka! Doskonale wiem, o czym piszesz. Kiedyś miałam nawet dokładnie o tym rozmowę z Agnieszką Maciąg. Też się długo nad tym zastanawiałam, bo Twoje przemyślenia są również moimi. Jednak, moje doświadczenie pokazało mi, że zanim dowiedziałam się czego chcę więcej, musiałam się NAUCZYĆ chcieć mniej w wielu innych aspektach. I właśnie o tej części doświadczeń będzie moja książka. Pozdrawiam ciepło i dziękuję za tak miłe słowa :)

  • Trochę mnie wkurza „moda” na minimalizm promowana w mediach. Robi sie z tego coś na kształt przemijających mód na diety. Czytam o minimalizmie od dawna, inspiruje mnie, ale nie w formie wyścigu, mody. Rywalizacja, robienie czegoś na pokaz już mija sie dla mnie z podstawami filozofii. Wybieram to co dla mnie ma sens, co jest mi potrzebne. Nie jestem i nie będę minimalistką. Lubię rzeczy.

  • Masz racje umiar i rozsądek, a nie wyścig :) zgadzam się w 100%

  • Riverina

    Tak jest. Potwierdzam. Jesteś Katarzyno wystarczająco dobrą minimalistką. Dlaczego? Ponieważ jesteś spójna w tym, co piszesz i robisz. I do tego inspirujesz innych. Masz odwagę, zeby jasno powiedzieć- to UWAŻAM za minimalizm, a tego już nie, ale nie mówisz, to JEST minimalizm. Należy uciekać od ocen i sądów, bo mimo, ze lubimy to robić, to któż dał nam do tego prawo? I tak punktem odniesienia zawsze bedzie moje ego, które przeciez zawsze jest najbardziej optymalne. Pomijając kompleksy. Z pozdrowieniem

  • Asia Piekarska

    A ja widzę, że im mniej mam rzeczy, tym bardziej je lubię i z większą przyjemnością ich używam. Bo są starannie wybrane, a nie kupione w biegu, jakiekolwiek. I wtedy też można z przyjemnością o nie dbać, kiedy nie jest ich za wiele.

  • Sowa czyta Cię regularnie właśnie dlatego, że masz takie zdrowe podejście do tematu. To o czym piszesz jest chyba właśnie kwintesencją minimalizmu, która zaczęła się wypaczać w momencie kiedy stał się on modny.