Darmowe
planery, e-booki...

Podziel się:

Darmowe
planery, e-booki...

Czy naprawdę musimy mieć zdanie na każdy temat?

Żyjemy w czasach, w których bardzo łatwo pomylić własną opinię z obowiązkiem jej posiadania. Wystarczy, że wydarzy się coś ważnego, kontrowersyjnego, albo po prostu głośnego, a chwilę później ktoś już pyta: A ty co o tym sądzisz?

Nowa książka. Głośny film. Czyjeś zachowanie. Wypowiedź znanej osoby. Wydarzenie polityczne. Nowy trend. Czyjeś rozstanie. Czyjś sposób wychowywania dzieci. Czy warto kupować mieszkanie. Czy AI zabierze nam pracę. Czy powinno się pracować z biura. Czy trzeba mieć dzieci. Czy warto brać ślub.

Na każdy temat można mieć opinię.

Co więcej, można ją wyrazić publicznie, najlepiej szybko, zdecydowanie i w taki sposób, żeby nie pozostawić wątpliwości, po której jesteśmy stronie.

Przez dwanaście lat prowadzenia bloga wielokrotnie znajdowałam się w sytuacji, w której czytelnicy pytali mnie o zdanie. Też w tematach trudnych i ważnych. Czarny protest. Wojna w Ukrainie. Posiadanie dzieci. AI. I bardzo często miałam na dany temat swoją opinię. Często ją wyrażałam. Czasami chętniej, czasami z większym oporem. Z różnych powodów.

Ale z czasem coraz bardziej doceniam możliwość powiedzenia: nie wiem.
Czy też: nie mam jeszcze zdania.
Albo po prostu: to nie jest temat, którym chcę się zajmować.

I wcale nie uważam, że jest w tym coś niewłaściwego.

Internet nie lubi „nie wiem”

Internet działa trochę inaczej. Tutaj liczy się szybkość. Nowa informacja pojawia się rano, a do południa ma już komentarze, analizy, reakcje, kontrreakcje i dziesiątki osób tłumaczących innym, co powinni o tym myśleć.

Zanim zdążymy przeczytać cały tekst, znamy już reakcje na niego. Zanim obejrzymy film, wiemy, czy jest dobry. Zanim przeczytamy książkę, wiemy, czy warto po nią sięgnąć. Zanim poznamy szczegóły jakiejś sprawy, znamy już stanowiska wszystkich stron i każda próbuje przeciągnąć nas do siebie.

Czasami mam wrażenie, że współczesny świat nie daje nam zbyt wiele miejsca na zwyczajne: „potrzebuję chwili, żeby się nad tym zastanowić”. A przecież własne zdanie potrzebuje czasu, wiedzy, doświadczenia. Opinia potrzebuje zwyczajnie dojrzeć, czasami nawet bardzo powoli.

Dwanaście lat blogowania na pewno nauczyło mnie czegoś.

Kiedy zaczynałam pisać w internecie, wydawało mi się, że dobry tekst musi mieć wyraźną tezę. Powinnam coś powiedzieć. Wyjaśnić. Przekonać. Mieć stanowisko. Z czasem coraz bardziej przekonuję się, że nie każdy tekst musi prowadzić do jednoznacznej odpowiedzi, bo często ciekawsze jest samo pytanie.

Czy nie warto zostawić czytelnika z pewnym rodzajem niepewności Przecież rzeczywistość naprawdę bywa bardziej skomplikowana niż dobrze sformułowany nagłówek.

Nie wiem nie oznacza nie myślę

To rozróżnienie jest ważne. Brak opinii nie musi oznaczać braku zainteresowania.

Można być ciekawą świata i jednocześnie nie mieć gotowej odpowiedzi. Można czytać, słuchać, obserwować i nadal powiedzieć: nie wiem, co o tym myślę. Można zmienić zdanie. Można mieć kilka sprzecznych myśli jednocześnie. Można zauważyć, że argumenty obu stron mają w sobie coś przekonującego. Można potrzebować więcej informacji. Można też uznać, że temat jest dla nas zbyt odległy albo zbyt skomplikowany, żeby wypowiadać się na jego temat z przekonaniem.

To nie jest intelektualna słabość. Przeciwnie, czasami wymaga większej odwagi niż wygłoszenie zdecydowanej opinii, zwłaszcza wtedy, kiedy wszyscy wokół już ją mają. Jednym z powodów, dla których mindfulness jest mi tak bliskie, jest to, że praktyka uważności nie zaczyna się od odpowiedzi. Zaczyna się od zauważenia.

Co się teraz dzieje?
Co czuję?
Co myślę?
Co dzieje się w moim ciele?

Przecież pierwsza myśl nie musi być jeszcze ostateczną prawdą.

Pojawia się myśl. Zauważam ją.
Pojawia się emocja. Zauważam ją.
Pojawia się impuls, żeby coś powiedzieć. Zauważam go.

I pomiędzy tym impulsem a działaniem pojawia się odrobina przestrzeni. Właśnie ta przestrzeń jest dla mnie niezwykle cenna. Bo może się okazać, że nie muszę odpowiadać natychmiast. Nie muszę od razu reagować. Nie muszę nawet od razu wiedzieć, co myślę. Nie muszę oceniać automatycznie.

Nieocenianie nie oznacza braku zdania

Jedną z najważniejszych postaw czy wartości mindfulness jest próba nieoceniania. Zauważenie, jak szybko umysł dopisuje do każdego doświadczenia etykietę: dobre, złe, ciekawe, głupie, moje, nie moje, zgadzam się, nie zgadzam się. To dzieje się niemal automatycznie.

Ktoś coś mówi, a ja już wiem, co o nim myślę. Czytam artykuł i po kilku zdaniach wiem, czy autor ma rację. Widzę czyjeś zachowanie i natychmiast układam sobie jego interpretację.

Przez lata blogowania miałam wiele takich momentów. Pamiętam komentarze pod tekstami, z którymi początkowo bardzo się nie zgadzałam. Czasami wystarczyło jedno zdanie, żebym poczuła ukłucie irytacji. Kiedyś zdarzało mi się odpowiedzieć z poziomu tej pierwszej reakcji. Dzisiaj częściej próbuję zrobić coś innego: najpierw zauważyć własne wzburzenie i pozwolić mu trochę opaść.

Nie oznacza to, że po kilku minutach nagle przyznaję komentującej osobie rację. Czasami nadal się z nią nie zgadzam. Ale kiedy odłożę na chwilę własną reakcję, mogę przeczytać komentarz jeszcze raz i zobaczyć coś, czego wcześniej nie zauważyłam. Może ktoś inaczej rozumie mój tekst. Może zwrócił uwagę na fragment, którego sama nie przemyślałam wystarczająco dobrze. A czasami rzeczywiście okazuje się, że komentarz opiera się na założeniu, z którym się nie zgadzam.

Różnica polega na tym, że nie muszę już reagować na pierwszą myśl o tej osobie czy o tym, co napisała. Mogę oddzielić człowieka od jego komentarza, komentarz od własnej interpretacji i własną interpretację od tego, co rzeczywiście zostało powiedziane. To jest dla mnie bardzo praktyczny wymiar nieoceniania. Bo z praktycznego punktu widzenia nie da się pozbyć oceniania, ale chodzi o to, żeby zacząć je zauważać. Największa różnica nie polega na tym, czy oceniamy, ale na tym, czy wiemy, że właśnie oceniamy.

Nie muszę rezygnować z myślenia, swoich wartości, ani opinii. Nadal wiem, co jest dobre a co złe. Nie muszę udawać, że coś mi jest obojętne. Mogę natomiast nauczyć się odróżniać to, co rzeczywiście wiem, od tego, co właśnie pomyślałam.

A co, jeśli to mnie oceniają?

Jest jeszcze druga strona tej historii, o której nauczyło mnie blogowanie. Przez dwanaście lat nie tylko sama wyrabiałam sobie opinie. Przez dwanaście lat byłam też nieustannie oceniana przez innych.

Każdy tekst może zostać przeczytany inaczej, niż go napisałam. Każde zdanie może zostać zinterpretowane, zakwestionowane, skomentowane. Czasami ktoś napisze, że się ze mną zgadza, czasami że zupełnie mnie nie rozumie, a czasami po prostu, że się mylę.

Kiedyś dużo bardziej chciałam być dobrze rozumiana. Chciałam, żeby czytelnik zobaczył dokładnie to, co miałam na myśli. Żeby nie przypisał mi intencji, których nie miałam. Żeby nie pomyślał o mnie czegoś, co uważałam za niesprawiedliwe.

Z czasem zaczęłam rozumieć, że jest to niemożliwe. Nie mam absolutnie żadnego wpływu na to, co ktoś pomyśli po przeczytaniu mojego tekstu.

Mogę napisać najlepiej, jak potrafię. Mogę być uczciwa. Mogę sprawdzać fakty. Mogę zastanowić się nad własnymi słowami. Mogę wziąć odpowiedzialność za to, co publikuję. Ale nie mogę przejąć odpowiedzialności za cudzą interpretację.

To było dla mnie ultra uwalniające.

Po tylu latach myślę, że swoboda bycia sobą w internecie , ta magiczna autentyczność, nie polega na tym, że przestajemy być oceniani. To raczej zgoda na to, że nie wszyscy mnie zrozumieją, i nie wszyscy będą mieć o mnie i o mojej pracy dobre zdanie.

Ktoś może uznać mój tekst za banalny. Ktoś inny za ważny. Ktoś może pomyśleć, że przesadzam. Ktoś inny, że właśnie nazwałam coś, czego sam od dawna nie potrafił nazwać.

Wszystkie te reakcje mogą istnieć jednocześnie! Nie muszę każdej z nich prostować. Nie muszę przekonywać każdego czytelnika, że mam rację. Nie muszę też zmieniać sposobu pisania tylko dlatego, że wiem, iż komuś może się on nie spodobać.

To też jest dla mnie praktyką nieoceniania – tym razem skierowaną nie do innych, ale do samej siebie. Mogę zauważyć myśl: co oni o mnie pomyślą? Mogę poczuć napięcie, kiedy publikuję coś bardziej osobistego. Mogę poczuć impuls, żeby złagodzić zdanie, dopisać wyjaśnienie, albo zabezpieczyć się przed możliwą krytyką. I mogę zrobić pauzę.

Nie zawsze skorzystam z cudzej podpowiedzi, opinii. Czasami rzeczywiście zmienię tekst. Czasami uznam, że czytelnik zwrócił mi uwagę na coś ważnego. Ale coraz częściej potrafię też powiedzieć sobie, że nie muszę być przez wszystkich dobrze oceniana, żeby móc spokojnie robić swoje.

To chyba jedna z większych swobód, jakie dało mi te dwanaście lat blogowania. Swoboda życia z tym, że nie muszę mówić na każdy temat i nie każdemu spodoba się to, co mówię.

Ile z naszych opinii jest naprawdę naszych?

 To jest ciekawsze pytanie, czy to czy mamy rację. Skąd właściwie biorą się nasze opinie?

Z doświadczeń, które mamy. Z wartości, które są dla nas ważne. Z wiedzy. Ale również z ludzi, których słuchamy, mediów, które czytamy, środowiska, w którym żyjemy, i algorytmów, które bardzo dobrze wiedzą, jakie treści zatrzymają nas na ekranie. Czasami coś wydaje nam się oczywiste, ponieważ od dawna słyszymy tylko jedną wersję tej historii. Banał, ale czy do końca?

Czasami jesteśmy przekonani, że sami doszliśmy do jakiegoś wniosku, choć w rzeczywistości powtarzamy zdanie, które przeczytaliśmy kilkanaście razy. Ta opinia wciąż może być prawdziwa, ale może warto czasami sprawdzić: czy rzeczywiście wciąż jest nasza?

Niby oczywistym jest stwierdzenie, że nie postrzegamy świata takim, jaki jest, a postrzegamy go przez pryzmat tego, jacy my jesteśmy. To jakby patrzeć na wszystko przez jeden z instagramowych filtrów – czasami będzie piękniejsze, czasami zniekształcone. Czy ten obraz jest prawdziwy? Ten filtr to Ty – cała Twoja wiedza, cały bagaż doświadczeń, wzorców myślenia i przekonań. Czy naprawdę łudzisz się, że postrzegasz świat w jedynie obiektywny i prawdziwy sposób? ;)

Staram się przypominać sobie o tym tak często, jak tylko zdołam. Kwestionuję swoje przekonania, wzorce myślenia. Sprawdzam, czy to wciąż moje, czy kiedykolwiek było moje. To dotyczy każdego aspektu życia: relacji, pracy, pieniędzy, tego, co myślę na temat innych ludzi czy świata. To trudne, wymagające, czasami bolesne. Niezwykle rozwijające i potrzebne.

Nie wszystko jest warte mojej uwagi

Było o lekcjach, które dostałam od mindfulness. To, że nie wszystko jest warte mojej uwagi to jedna z ważniejszych lekcji, jakie daje mi minimalizm. Nie wszystko, co pojawia się w moim otoczeniu, musi znaleźć miejsce w moim domu i nie wszystko, co pojawia się w świecie, musi znaleźć miejsce w mojej głowie.

Nie muszę przeczytać każdego artykułu. Nie muszę znać każdego konfliktu. Nie muszę komentować każdej wiadomości. Nie muszę oglądać każdego filmu, o którym wszyscy właśnie mówią. Mogę wybrać ROMO, mogę zrezygnować z mediów społecznościowych, mogę być na diecie informacyjnej. Moja uwaga jest ograniczonym zasobem. Jeśli będę próbowała mieć zdanie na każdy temat, może zabraknąć mi przestrzeni na rzeczy, które naprawdę są dla mnie ważne.

Są jednak tematy, wobec których obojętność nie wystarcza i tutaj warto postawić granicę. Są sprawy, w których potrzebujemy się orientować. Sytuacje, w których brak zainteresowania również jest wyborem. Kwestie, wobec których warto zdobywać wiedzę, rozmawiać z innymi i wyrabiać sobie własne stanowisko.

Tyle, że właśnie wtedy tym bardziej przydaje się możliwość powiedzenia, że jeszcze nie wiem. Bo własne zdanie ma większą wartość wtedy, kiedy rzeczywiście je przemyśleliśmy, a nie wtedy, kiedy udało nam się je wyrazić jako pierwsi.

Można być też człowiekiem, który zmienił zdanie.

Naprawdę.
Wolno.
Zmienić zdanie.

Mam wrażenie, że bardzo nie lubimy przyznawać się do zmiany zdania i deprecjonujemy ludzi, którzy zdanie zmienili. Jakby zawsze oznaczało to niespójność czy hipokryzję. Jakbyśmy raz wypowiedzianej opinii musieli bronić już do końca, nawet jeśli pojawiły się nowe informacje, albo zmieniło się nasze doświadczenie.

Przecież zmiana zdania może być oznaką tego, że coś nowego do nas dotarło. Nie muszę być wierna każdej swojej dawnej opinii tylko dlatego, że kiedyś ją wypowiedziałam. Nie muszę też udowadniać, że zawsze miałam rację. Mogę powiedzieć, że kiedyś myślałam inaczej, a teraz to się zmieniło. To wystarczy.

A może największym luksusem jest dzisiaj niewiedza?

Niewiedza jako świadoma zgoda na to, że nie wszystko muszę wiedzieć, rozumieć i komentować. Że mogę przeczytać coś ciekawego i przez kilka dni po prostu o tym myśleć. Że mogę usłyszeć argument, z którym się nie zgadzam, i nie odpowiadać natychmiast, albo wcale. Że mogę nie znać odpowiedzi. Że mogę zmienić zdanie. Że mogę pozwolić, aby jakaś myśl we mnie pobyła, zanim zdecyduję, czy rzeczywiście jest moja.

W świecie, który zachęca nas do natychmiastowej reakcji, taka pauza wydaje mi się czymś niesamowicie wartościowym. Aktem rebelii czasami.

Może więc nie musimy mieć własnego zdania na każdy temat Może czasami wystarczy być uważną wobec tego, co do nas dociera?

Zauważyć.
Posłuchać.
Pomyśleć.
Sprawdzić.

I dopiero potem, jeśli rzeczywiście tego chcemy, coś powiedzieć. A czasami po prostu zostać i pobyć z tym, że jeszcze nie wiem. I nie czuć z tego powodu żadnego wstydu.

Jeśli po przeczytaniu napiszesz kilka słów komentarza, będzie mi miło. Ale może nie będziesz miała na to ochoty, nie masz zdania, albo po prostu wolisz sobie pomyśleć. To też jest ok.

Sprawdź Także

Powiadomienia
Powiadom o
guest
13 komentarzy
najstarszy
najnowszy