Darmowe
planery, e-booki...

Podziel się:

Darmowe
planery, e-booki...

Miara dobrego życia

Rano sprawdzasz, ile spałaś, a zegarek mówi, że sen był „średniej jakości”. Wstajesz, patrzysz na liczbę kroków z poprzedniego dnia i już wiesz, że dziś trzeba będzie się bardziej postarać. W drodze do pracy słuchasz podcastu o produktywności. W przerwie sprawdzasz wiadomości. Przy kawie przypominasz sobie, że od poniedziałku miałaś zacząć medytować. Jeszcze nie przeczytałaś książki, którą sobie zaplanowałaś. Przychodzi wieczór. Apka przypomina Ci, że nie zrobiłaś treningu. Nie było czasu na medytację. I zamiast pomyśleć: to był intensywny dzień, pojawia się myśl: znowu nie zrobiłam wystarczająco dużo.

Brzmi znajomo?

Mam poczucie, że przez ostatnie lata nauczyliśmy się mierzyć praktycznie wszystko. Liczbę kroków, jakość snu, tętno, poziom stresu, liczbę kalorii, godziny pracy, czas spędzony przed ekranem, a nawet liczbę przeczytanych książek. Aplikacji, narzędzi do mierzenia jest multum i jeszcze troszkę. A jak nie lubisz aplikacji, to chat gpt na pewno przyjdzie z pomocą.

Mierzymy również odpoczynek i medytację, oczywiście. Sprawdzamy, ile minut udało nam się praktykować, ile dni z rzędu wytrwaliśmy, ile razy w tygodniu udało nam się znaleźć na to czas. Czy to coś złego? W końcu to, co można zmierzyć, można przecież również poprawić, prawda?

Możemy zrobić więcej kroków, lepiej spać, obniżyć poziom stresu, spędzać mniej czasu z telefonem, być bardziej produktywni i dłużej medytować. Możemy jeszcze trochę popracować nad sobą, żeby stać się lepszą wersją siebie.

Kiedyś były papierowe habit trackery, dziś cala branża technologiczna stoi na straży tego, czy żyjesz właściwie. I czasami zastanawiam się, czy gdzieś po drodze nie zaczęliśmy mierzyć też tego, czego zmierzyć się nie da. Czy dobrze żyję? Czy jestem wystarczająco szczęśliwa? Czy mój dzień był wartościowy? Czy robię to wszystko tak, jak powinnam? Jaka właściwie jest miara dobrego życia?

Kiedy życie staje się wynikiem

Liczby są kuszące, bo dają nam poczucie konkretu i kontroli. Możemy je porównać z wczorajszymi, z zeszłym tygodniem, albo z wynikiem kogoś innego. Kiedy widzimy poprawę, łatwo uwierzyć, że zmienia się również coś ważnego w naszym życiu.

Wczoraj zrobiłam sześć tysięcy kroków, dzisiaj siedem. Spałam sześć godzin i czterdzieści dwie minuty, a aplikacja oceniła jakość mojego snu na 78 procent. W tym tygodniu medytowałam cztery razy zamiast dwóch. Jest postęp.

Tylko czego właściwie dowiadujemy się w ten sposób o swoim życiu?

Siedem tysięcy kroków nie powie mi, czy podczas spaceru naprawdę byłam obecna. Wynik snu nie powie mi, czy rano obudziłam się wypoczęta. Liczba minut medytacji nie powie mi, co wydarzyło się we mnie przez te dwadzieścia minut praktyki. To dokładnie tak samo, jak lista wykonanych zadań niewiele mówi o tym, czy dzień był dla mnie ważny. Chociaż lubię listy. Lubię je odhaczać. To jak podrapanie swędzącego mózgu. ;)

Można mieć świetne statystyki i jednocześnie czuć, że coś jest nie tak. Można też zrobić znacznie mniej, niż się chciało, a wieczorem pomyśleć, że to był naprawdę dobry dzień.

I chyba właśnie tutaj zaczyna się problem z mierzeniem życia – kiedy wynik przestaje być informacją, a zaczyna być oceną.

Nawet mindfulness można zamienić w zadanie

Wiele late temu, zanim jeszcze zaczęłam prowadzić zajęcia mindfulness, miałam duży problem z regularnością praktyki. Spotkałam się porozmawiać o tym z moją nauczycielką. Pamiętam, jak opowiadałam jej o moich rozterkach i zmaganiach, a ona wysłuchała cierpliwie, pokiwała głową jak Yoda i powiedziała: „słyszę Kasiu, że zrobiłaś sobie z medytacji kolejne zadanie do odhaczenia”. Bingo.

Dziś, prowadząc od wielu lat kursy MBSR, widzę, jak łatwo nawet praktyka uważności może zostać wciągnięta w ten sam schemat, z którego próbujemy się przecież trochę wyplątać.

Ludzie przychodzą na kurs z bardzo zrozumiałymi oczekiwaniami: chcą mniej się stresować, lepiej spać, łatwiej się zatrzymywać, nie reagować tak gwałtownie, albo po prostu mieć w życiu trochę więcej spokoju. To naturalne.

Problem pojawia się później, kiedy do tych oczekiwań czasami dołącza kolejne pytanie: czy robię to tak, jak należy? Dlaczego nie udaje mi się medytować? Czy medytuję wystarczająco długo? Czy jestem wystarczająco uważna? Dlaczego moje myśli znowu gdzieś uciekają? Dlaczego nadal się denerwuję, skoro przecież już medytuję?

I wtedy praktyka, która miała dać nam więcej przestrzeni, sama staje się kolejnym zadaniem do wykonania, a my po raz kolejny zaczynamy oceniać siebie na podstawie tego, jak dobrze sobie radzimy. I’ve been there, I’ve done that.

To dość przewrotne.
Ale bardzo ludzkie.

To, co poradziła mi wtedy moja nauczycielka, to było odłożenie na bok wszystkich narzędzi, oczekiwań i list. Miałam siadać do medytacji spontanicznie, wtedy, gdy mi się o tym pomyślało i medytować bez nagrań i timera tak długo, jak uznam to za możliwe lub stosowne. Miałam zaufać sobie.

I to naprawdę działa.

Jedną z rzeczy, których uczymy się podczas MBSR, jest przyglądanie się temu, co się wydarza, bez konieczności natychmiastowej zmiany. Kiedy pojawia się napięcie, możemy zauważyć napięcie. Kiedy pojawia się złość, możemy zauważyć złość. Kiedy umysł po raz kolejny odpływa, możemy po prostu zauważyć, że odpłynął.

Nie musimy od razu osiągnąć lepszego stanu.
Nie musimy doprowadzić siebie do spokoju.
Nie musimy sprawić, żeby doświadczenie stało się inne, niż jest.

To bywa zaskakująco trudne, bo przez większość życia nauczyliśmy się, że zauważenie problemu powinno prowadzić do jego rozwiązania. Najlepiej od razu.

Jest stres, więc trzeba się go pozbyć. Jest trudna emocja, więc trzeba ją wyregulować. Jest zmęczenie, więc trzeba lepiej zarządzać energią. Jest niezadowolenie z siebie, więc trzeba nad sobą popracować.

Mindfulness proponuje czasami coś znacznie prostszego: najpierw zauważ, a dopiero potem zobacz, co dalej. Nie każda rzecz, którą zauważymy, wymaga natychmiastowej naprawy.

Bo najważniejsze sprawy wymykają się miarom.

Nie sądzę, żeby problemem były same liczby, chociaż jestem chyba jedną z ostatnich osób na świecie, która nie mierzy NIC. :) Aplikacje, zegarki, listy zadań czy statystyki mogą być bardzo użyteczne, jeśli pomagają nam coś zauważyć albo podjąć decyzję, która nam służy.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy próbujemy za ich pomocą odpowiedzieć na ważniejsze i dużo bardziej fundamentalne pytanie: czy dobrze żyjemy?

Łatwo przecież uwierzyć, że dobry wynik oznacza, że z nami wszystko jest dobrze, a gorszy wynik mówi, że znowu coś powinniśmy poprawić. I tak powstaje życie, w którym zawsze jest jeszcze coś do zrobienia, zmierzenia, zoptymalizowania i ustawienia. Jeszcze trochę więcej ruchu. Jeszcze lepszy sen. Jeszcze mniej telefonu. Jeszcze jeden nawyk. Jeszcze trochę pracy nad sobą. Tylko, że człowiek nie jest tabelą, a życie nie jest projektem, który można doprowadzić do wersji optymalnej.

Może czasami warto odłożyć miarkę...

Minimalizm zaczyna się często od pytania: czy naprawdę tego potrzebuję? Może warto zadać je również wszystkim innym miarom, według których zaczęliśmy oceniać własne życie.

Czy naprawdę potrzebuję kolejnego celu? Kolejnego nawyku? Kolejnego wskaźnika? Kolejnego sposobu na poprawienie siebie? Kolejnego dowodu, że jestem wystarczająco zdrowa, produktywna, spokojna i świadoma? A może czasami mogę po prostu odłożyć miarkę i zobaczyć, jak mi jest.

Bez porównywania.
Bez poprawiania.
Bez sprawdzania, czy robię to wystarczająco dobrze.

Nie wiem, jaka jest miara dobrego życia i chyba coraz mniej interesuje mnie znalezienie jednej odpowiedzi. Dobre życie nie zawsze wygląda tak samo i nie zawsze daje się rozpoznać po tych samych oznakach. Nawet jedno i to samo, moje własne życie.

Czasami będzie w nim dużo ruchu, a czasami dużo snu. Czasami produktywny dzień, a czasami taki, w którym prawie niczego nie zrobiłam. Czasami medytacja, a czasami spacer bez celu. Rozmowa, która przeciągnęła się do późna, albo popołudnie spędzone na nicnierobieniu.

Nie chcę mierzyć dobrego życia wyłącznie tym, ile udało mi się zrobić, osiągnąć, poprawić czy zoptymalizować. Chcę za to pamiętać o tym, czego żadna aplikacja nie zmierzy i nie zapisze: o bliskości, ciekawości, odpoczynku, zachwycie, łagodności wobec siebie i innych. O tych wszystkich chwilach, w których nagle orientuję się, że naprawdę jestem tam, gdzie jestem.

O porannej kawie, którą tym razem wypiłam, zamiast przeglądać telefon. O rozmowie, której nie przerwałam, żeby sprawdzić wiadomości. O tym, że zauważyłam zmęczenie i poszłam wcześniej spać, zamiast jeszcze raz próbować „wycisnąć” z dnia więcej. O tym, że coś mnie zabolało i przez chwilę nie próbowałam przekonywać siebie, że nie powinno.

Może dobre życie nie polega na osiągnięciu właściwego wyniku.
Może nie ma właściwego wyniku. Może ważniejsze jest coś znacznie mniej spektakularnego – czy jestem prawdziwie obecna w swoim życiu, kiedy ono właśnie się wydarza.

Może właśnie to jest jedna z najważniejszych rzeczy, których uczymy się w uważności, że życie nie musi być lepsze, żeby można było je naprawdę przeżyć.

Wystarczy, że jesteśmy wystarczająco blisko siebie, żeby je zauważyć.

Powróćmy razem do fundamentów mindfulness w Jesiennej Grupie Medytacyjnej online.

START: 7 października 2026

Sprawdź Także

Powiadomienia
Powiadom o
guest
21 komentarzy
najstarszy
najnowszy