Data: 26/11/2017

Odpuść sobie, proszę! Rzecz o tym, że proste rzeczy nie są łatwe

To jest moje n-te podejście do tego tekstu. Gdy czytam Wasze komentarze na blogu, pod wpisami na Facebooku czy Instagramie, w grupie, które zaczynają się od „jak poradzić sobie z…”, to w większości przypadków mam ochotę krzyknąć „odpuść sobie, proszę!”. Odpuszczanie. Jedna z tych rzeczy, które pozornie będąc łatwą, trudna jest niezmiernie.

 

Od razu lojalnie uprzedzam, to nie jest wpis poradnikowy. Nie znajdziecie tutaj jednej super prostej, łatwej i gotowej do zaimplementowania metody na odpuszczanie. Im jestem starsza, tym więcej mam w sobie pokory i rozumiem, że nie jestem w stanie dać komukolwiek prostej rady, zwłaszcza w tak delikatnej i osobistej materii, jak odpuszczanie. Postanowiłam jednak poruszyć ten temat, ponieważ wiem, ile nauczenie się odpuszczania dobrego zrobiło dla mnie.

 

Odpuść sobie bycie perfekcyjnym

 

O matko, czytałaś/czytałeś to już pewnie jakiś milion razy. Zrobione jest lepsze od doskonałego. Przestań porównywać się z innymi. Bądź najlepszą wersją siebie. O ile dwa pierwsze zdania są bardzo prawdziwe, to za ostatnie mam ochotę wychłostać tego, kto je wymyślił. Swoją drogą, nie udało mi się namierzyć autora/autorki tych słów. Będę mocno wdzięczna za podpowiedź.

 

Naturalnie, samo założenie zdania: bądź najlepszą wersją siebie nie jest wcale głupie, jeśli odniesiemy to do nieporównywania się innymi. Jednak, wydaje mi się, że pierwotny sens tego zdania został mocno wypaczony. Konia z rzędem temu, kto nigdy nie pomyślał o byciu najlepszą wersją siebie jako o robieniu rzeczy absolutnie najlepiej, jak tylko potrafi. Perfekcyjnie. Idealnie. Bez odpuszczania w żadnym momencie. Trafiłam?

 

Kłopot w tym, że nasz umysł nas oszukuje. Próbuje myśleć zero-jedynkowo, jak komputer. Jeśli mam być najlepszą wersją siebie to bez wymówek, cisnę do oporu. Bo jeśli odpuszczę choć na moment to bach – jestem leniem. Leniem, który do tego sam jest sobie winien, że nie osiągnął sukcesu. Bo nie został najlepszą wersją siebie. Cóż za paradoks. I paranoja w jednym.

 

Uważam, że perfekcja nie jest cnotą. I żałuję, że nauczyłam się tego tak późno. Nie umiem Cię tego nauczyć. Dla mnie był to wieloletni proces. Stopniowo, realizując różne projekty, powolutku odpuszczałam sobie maksymalne dopieszczanie wszystkiego. Drobiazgi, które kiedyś spędzały mi sen z powiek. Zamiast na 110%, robiłam coś na 100, a potem na 95, i na 90. Przestałam być najlepszą wersją siebie, a pozostałam wystarczająco dobrą. I obserwowałam. Reakcje odbiorców, swoje samopoczucie, proporcję pomiędzy krytyką i zachwytem. I wiesz co? Nie ma różnicy. Możesz mi nie wierzyć, ale naprawdę tak było. Nawet, gdy robiłam coś na 110%, zawsze znalazł się ktoś, dla kogo to było niewystarczająco dobre. Bo tak już po prostu jest. Nie jestem w stanie spełnić wszystkich pokładanych we mnie oczekiwań. I nie ma to nic wspólnego z tym, czy robię coś na 100 czy na 80% swoich możliwości. Dopóki nie spadam poniżej swoich standardów.

 

chcieć mniej minimalizm w praktyce

 

Żeby to nie było takie abstrakcyjne i oderwane od rzeczywistości, podam Ci zabawny i może trochę trywialny przykład związany z blogowaniem. Przygotowanie wpisu na bloga to kilka faz: napisanie tekstu, zrobienie zdjęć, ustawienie SEO itp. Pisanie zawsze szło mi najłatwiej, ale już zrobienie zdjęcia…. o, to była czasami droga przez mękę. Wiedziałam, że strona wizualna jest bardzo ważna, ponieważ w obecnej kulturze obrazkowej rzadko kiedy treść obroni się sama, zupełnie bez obrazu. A dobre zdjęcie tytułowe to spora część sukcesu. Razem z tytułem i tzw. leadem sprawia, że albo klikniesz, żeby przeczytać tekst, albo stracę Twoją uwagę raz na zawsze. Nie jestem fotografem i czasami zrobienie dobrego zdjęcia, w klimacie, atrakcyjnego i niezłego technicznie pochłaniało sporą część czasu przeznaczonego na przygotowanie całości. Rozważałam kurs fotograficzny. Było to dla mnie niezwykle frustrujące do momentu, gdy… dokładnie – postanowiłam sobie odpuścić. Sięgnęłam do banku zdjęć. Zabrzmi to śmiesznie, ale wtedy używanie gotowych zdjęć było dla mnie jak oszukiwanie Czytelnika. Bo nie wszystko pochodziło w 100% ode mnie. A Czytelnik? No cóż, sami pewnie wiecie najlepiej, ale z mojej perspektywy w ogóle nie zwróciliście na to uwagi. Bo to nie fotografie są na tym blogu najważniejsze, a teksty (oczywiście z wyjątkami). Odpuściłam sobie perfekcjonizm. Mega mi ulżyło.

 

Odpuść sobie spełnianie cudzych oczekiwań

 

Kolejna sprawa z cyklu: proste, ale tak cholernie trudne do zrobienia. Rzekłabym nawet, że dużo trudniejsze, niż każdy z pozostałych punktów. Ten punkt dotyka tak trudnych emocji, że najczęściej ciężko będzie tutaj przepracować pewne rzeczy bez pomocy psychologa.

 

Relatywnie łatwo jest w życiu zawodowym. Tutaj po prostu trzeba sobie samemu wytłumaczyć, że nie jest się czekoladą, pomidorową czy jakimś tam innym warzywem. ;) Zrozumienie i akceptacja prostej prawdy, że nie każdy musi lubić mnie (i to, co robię), bo takie jest jego prawo było dla mnie ogromną ulgą. Moim celem w życiu NIE jest posiadanie wszystkiego, doświadczenie wszystkiego. NIE jest nim również bycie przyjacielem wszystkich. Proste.

 

Druga sfera jest dużo trudniejsza. Każdy z nas wzrasta, wychowuje się, pełniąc pewne role. W rodzinie, w szkole, w pracy. Większość z nich odpowiada naszym naturalnym predestynacjom, część jest narzucona. Jako dziecko czy nastolatek z reguły nie zastanawiamy się nad tym. Wydaje nam się, że zawsze tak było, jest i będzie. W dorosłym życiu często nadchodzi taki moment, gdy ta konkretna rola zaczyna uwierać. Delikatnie, jak źle wszyta metka w koszulce, albo solidnie, jak wielki kamień w bucie. Buntujemy się i pojawia się problem. Bo nagle przestajemy chcieć spełniać cudze oczekiwania, związane z dotychczas pełnioną rolą, najczęściej w stosunku do najbliższych. A bunt rodzi bunt. Najbliżsi, przyzwyczajeni do zastanego układu, łatwo nie pozwolą na jego zmianę. Mężczyzna, który w domu pełnił rolę „ojca” nie chce już dłużej dźwigać ciężaru bycia „głową rodziny”. Najstarsze dziecko, które pełniło rolę „dorosłego” w stosunku do mniej zaradnego rodzica nie ma już siły być zawsze oparciem i pomocą.  Córka wymagających, kontrolujących rodziców, która nie może już znieść prób doskoczenia do zbyt wysoko powieszonej poprzeczki uznania. Syn nadopiekuńczych rodziców, który w życiu wszedł w rolę ofiary i nie umie wziąć odpowiedzialności za swoje decyzje. To tylko pierwsze z brzegu przykłady. Zastanówcie się nad rolami, które pełnicie w swoim życiu i czy nadal Wam one odpowiadają. To dobry punkt wyjścia.

 

Odpuść sobie, jeśli coś nie wyjdzie

 

Na temat radzenia sobie z porażkami powstały już setki książek. I każdą z nich można by podsumować stwierdzeniem, że porażki są po prostu immanentną częścią życia. Nie ma ludzi, którzy na swojej drodze doświadczają tylko pozytywów. Jak mawia MM: nie musisz tego rozumieć, po prostu zaakceptuj, że tak jest. :) Też wkurza mnie fakt, że żyjemy w kulturze sukcesu, co sprawia, że mówienie publicznie o tym, co się nie udało jest mniej seksi. Z drugiej strony, czytanie o porażkach osób, które podziwiasz, paradoksalnie wcale nie poprawi postrzegania samego siebie w chwili porażki.

 

Jak zawsze, i tu oczywiście kolejny truizm, najważniejsze jest nastawienie. Słynna szklanka, która jest do połowy pusta lub pełna. Być może masz już do wyrzygania czytania takich uwag i tekstów, ale nie zmienia to faktu, że tu po prostu o to właśnie chodzi. O to, w jaki sposób zareagujesz, gdy kolejny raz Ci nie wyjdzie. Zaczniesz obwiniać siebie – „Ty głupia krowo, znowu dałaś ciała, nic nie potrafisz, jesteś po prostu beznadziejna” czy raczej świadomie zastopujesz wrednego, wewnętrznego krytyka i zastąpisz jego świńskie uwagi własnym, bardziej konstruktywnym komunikatem, np. „hej mała, no nie udało się, popłacz sobie trochę, a potem zastanów się, co nie poszło”? Żeby poradzić sobie z krytyką wcale nie potrzeba kolejnych, bardzo skomplikowanych narzędzi. Wystarczy wreszcie wykorzystać te, o których wszyscy i od dawien dawna piszą. Zanim to obśmiejesz lub zlekceważysz zastanów się i spróbuj. Chcesz coś zmienić czy tchórzysz?

 

Jeszcze jedno. Gdy coś Ci nie pójdzie, bo np. sprzeciwisz się własnym zasadom, własnemu osobistemu regulaminowi to zanim się zabiczujesz na śmierć, spróbuj zrobić prostą rzecz. Wybacz sobie błąd. W końcu, jesteś tylko człowiekiem, prawda? A ludzie z natury popełniają błędy. Wszyscy. Wybaczenie nie oznacza, że to coś się nie stało. Wybaczenie nie oznacza, że nie musisz spróbować zadośćuczynić. Wybaczenie nie oznacza, że teraz hulaj dusza, zrobię to świadomie po raz kolejny. 

 

  • Kupiłaś zupełnie niepotrzebny czwarty szary kaszmirowy sweter (bo kaszmirowy, bo szary, bo tani :) i masz wyrzuty sumienia? To spróbuj go oddać, ewentualnie sprzedać (zadośćuczynienie), a jeśli się nie da to ODPUŚĆ sobie. A następnym razem odłóż wieszak na miejsce.

 

  • Kupiłaś idealną sukienkę, która po miesiącu okazała się wcale nie taka idealna i żałujesz wydanych pieniędzy? ODPUŚĆ sobie. Nietrafione zakupy zdarzają się każdemu. Spróbuj ją oddać, sprzedać i bogatsza o doświadczenia poszukaj dalej.

 

  • W szale porządkowania pozbyłaś się rzeczy, która okazała się być potem potrzebna i jesteś wściekła na siebie, że musisz znowu wydać pieniądze? Zdarza się. ODPUŚĆ sobie. Kup tę rzecz i bądź bardziej uważna w przyszłości. Może nie ulegaj impulsowi pozbywania się, a dłużej przyglądaj własnym potrzebom.

 

Wszystkie powyższe przykłady to kwestie, z którymi borykają się i o których pisały dziewczyny w grupie. W naturalny sposób powiązane z pozbywaniem się i kupowaniem rzeczy. 

 

Wiesz, co jest dla Ciebie w życiu ważne?

 

Ostatnia kwestia, która w tym całym odpuszczaniu jest niezwykle ważna. Umiejętność odpuszczania to przede wszystkim rozumienie, które rzeczy są dla Ciebie ważne, a które nie. W pracy będzie to selektywny wybór projektów i kwestii, którym poświęcisz swój czas i uwagę. To podstawowy podział na rzeczy ważne i pilne. Jeśli ważne jest dla Ciebie zdrowie to nie zjesz piętnastego pączka. Tylko, żeby był skuteczny, musisz wiedzieć, które są ważne i trzymać się ich mocno!

 

W życiu prywatnym, jeśli ważna jest dla Ciebie rodzina to odpuścisz dopieszczenie piętnastego projektu w pracy, żeby pójść z synem na mecz. Albo przesuniesz zebranie w pracy, gdy mąż poprosi Cię, żebyś obejrzała z nim nowy film Star Wars (to ja!). Jednak, trzeba być szczerym w stosunku do samego siebie. Jakże często nasze wartości pozostają nimi tylko w sferze deklaracji. Mówisz, że ważna jest rodzina, a wolisz zaangażować się w firmie. Bo kasa, bo awans, bo uznanie szefa. I te wymówki, przecież zarabiam, żeby rodzinie było lepiej… 

 

Odpuszczanie sobie to nie jest wymówka dla nic-nie-robienia. To nie jest wymówka dla setnego folgowania sobie wbrew postanowieniom. To raczej ulga, gdy już nie mogę. Gdy zapędzę się na drodze do doskonałości. Jak dodatkowy hamulec na ośnieżonej drodze do samodoskonalenia.

 

Cudownie jest dbać o swój rozwój, ale to jest droga – raczej maraton, niż sprint. Nikt Cię z batem nie pogania, nie chłoszcz też sama siebie. Odpuść sobie, proszę.