Odpuść sobie, proszę! Rzecz o tym, że proste rzeczy nie są łatwe

To jest moje n-te podejście do tego tekstu. Gdy czytam Wasze komentarze na blogu, pod wpisami na Facebooku czy Instagramie, w grupie, które zaczynają się od “jak poradzić sobie z…”, to w większości przypadków mam ochotę krzyknąć “odpuść sobie, proszę!”. Odpuszczanie. Jedna z tych rzeczy, które pozornie będąc łatwą, trudna jest niezmiernie.

 

Od razu lojalnie uprzedzam, to nie jest wpis poradnikowy. Nie znajdziecie tutaj jednej super prostej, łatwej i gotowej do zaimplementowania metody na odpuszczanie. Im jestem starsza, tym więcej mam w sobie pokory i rozumiem, że nie jestem w stanie dać komukolwiek prostej rady, zwłaszcza w tak delikatnej i osobistej materii, jak odpuszczanie. Postanowiłam jednak poruszyć ten temat, ponieważ wiem, ile nauczenie się odpuszczania dobrego zrobiło dla mnie.

 

Odpuść sobie bycie perfekcyjnym

 

O matko, czytałaś/czytałeś to już pewnie jakiś milion razy. Zrobione jest lepsze od doskonałego. Przestań porównywać się z innymi. Bądź najlepszą wersją siebie. O ile dwa pierwsze zdania są bardzo prawdziwe, to za ostatnie mam ochotę wychłostać tego, kto je wymyślił. Swoją drogą, nie udało mi się namierzyć autora/autorki tych słów. Będę mocno wdzięczna za podpowiedź.

 

Naturalnie, samo założenie zdania: bądź najlepszą wersją siebie nie jest wcale głupie, jeśli odniesiemy to do nieporównywania się innymi. Jednak, wydaje mi się, że pierwotny sens tego zdania został mocno wypaczony. Konia z rzędem temu, kto nigdy nie pomyślał o byciu najlepszą wersją siebie jako o robieniu rzeczy absolutnie najlepiej, jak tylko potrafi. Perfekcyjnie. Idealnie. Bez odpuszczania w żadnym momencie. Trafiłam?

 

Kłopot w tym, że nasz umysł nas oszukuje. Próbuje myśleć zero-jedynkowo, jak komputer. Jeśli mam być najlepszą wersją siebie to bez wymówek, cisnę do oporu. Bo jeśli odpuszczę choć na moment to bach – jestem leniem. Leniem, który do tego sam jest sobie winien, że nie osiągnął sukcesu. Bo nie został najlepszą wersją siebie. Cóż za paradoks. I paranoja w jednym.

 

Uważam, że perfekcja nie jest cnotą. I żałuję, że nauczyłam się tego tak późno. Nie umiem Cię tego nauczyć. Dla mnie był to wieloletni proces. Stopniowo, realizując różne projekty, powolutku odpuszczałam sobie maksymalne dopieszczanie wszystkiego. Drobiazgi, które kiedyś spędzały mi sen z powiek. Zamiast na 110%, robiłam coś na 100, a potem na 95, i na 90. Przestałam być najlepszą wersją siebie, a pozostałam wystarczająco dobrą. I obserwowałam. Reakcje odbiorców, swoje samopoczucie, proporcję pomiędzy krytyką i zachwytem. I wiesz co? Nie ma różnicy. Możesz mi nie wierzyć, ale naprawdę tak było. Nawet, gdy robiłam coś na 110%, zawsze znalazł się ktoś, dla kogo to było niewystarczająco dobre. Bo tak już po prostu jest. Nie jestem w stanie spełnić wszystkich pokładanych we mnie oczekiwań. I nie ma to nic wspólnego z tym, czy robię coś na 100 czy na 80% swoich możliwości. Dopóki nie spadam poniżej swoich standardów.

 

chcieć mniej minimalizm w praktyce

 

Żeby to nie było takie abstrakcyjne i oderwane od rzeczywistości, podam Ci zabawny i może trochę trywialny przykład związany z blogowaniem. Przygotowanie wpisu na bloga to kilka faz: napisanie tekstu, zrobienie zdjęć, ustawienie SEO itp. Pisanie zawsze szło mi najłatwiej, ale już zrobienie zdjęcia…. o, to była czasami droga przez mękę. Wiedziałam, że strona wizualna jest bardzo ważna, ponieważ w obecnej kulturze obrazkowej rzadko kiedy treść obroni się sama, zupełnie bez obrazu. A dobre zdjęcie tytułowe to spora część sukcesu. Razem z tytułem i tzw. leadem sprawia, że albo klikniesz, żeby przeczytać tekst, albo stracę Twoją uwagę raz na zawsze. Nie jestem fotografem i czasami zrobienie dobrego zdjęcia, w klimacie, atrakcyjnego i niezłego technicznie pochłaniało sporą część czasu przeznaczonego na przygotowanie całości. Rozważałam kurs fotograficzny. Było to dla mnie niezwykle frustrujące do momentu, gdy… dokładnie – postanowiłam sobie odpuścić. Sięgnęłam do banku zdjęć. Zabrzmi to śmiesznie, ale wtedy używanie gotowych zdjęć było dla mnie jak oszukiwanie Czytelnika. Bo nie wszystko pochodziło w 100% ode mnie. A Czytelnik? No cóż, sami pewnie wiecie najlepiej, ale z mojej perspektywy w ogóle nie zwróciliście na to uwagi. Bo to nie fotografie są na tym blogu najważniejsze, a teksty (oczywiście z wyjątkami). Odpuściłam sobie perfekcjonizm. Mega mi ulżyło.

 

Odpuść sobie spełnianie cudzych oczekiwań

 

Kolejna sprawa z cyklu: proste, ale tak cholernie trudne do zrobienia. Rzekłabym nawet, że dużo trudniejsze, niż każdy z pozostałych punktów. Ten punkt dotyka tak trudnych emocji, że najczęściej ciężko będzie tutaj przepracować pewne rzeczy bez pomocy psychologa.

 

Relatywnie łatwo jest w życiu zawodowym. Tutaj po prostu trzeba sobie samemu wytłumaczyć, że nie jest się czekoladą, pomidorową czy jakimś tam innym warzywem. ;) Zrozumienie i akceptacja prostej prawdy, że nie każdy musi lubić mnie (i to, co robię), bo takie jest jego prawo było dla mnie ogromną ulgą. Moim celem w życiu NIE jest posiadanie wszystkiego, doświadczenie wszystkiego. NIE jest nim również bycie przyjacielem wszystkich. Proste.

 

Druga sfera jest dużo trudniejsza. Każdy z nas wzrasta, wychowuje się, pełniąc pewne role. W rodzinie, w szkole, w pracy. Większość z nich odpowiada naszym naturalnym predestynacjom, część jest narzucona. Jako dziecko czy nastolatek z reguły nie zastanawiamy się nad tym. Wydaje nam się, że zawsze tak było, jest i będzie. W dorosłym życiu często nadchodzi taki moment, gdy ta konkretna rola zaczyna uwierać. Delikatnie, jak źle wszyta metka w koszulce, albo solidnie, jak wielki kamień w bucie. Buntujemy się i pojawia się problem. Bo nagle przestajemy chcieć spełniać cudze oczekiwania, związane z dotychczas pełnioną rolą, najczęściej w stosunku do najbliższych. A bunt rodzi bunt. Najbliżsi, przyzwyczajeni do zastanego układu, łatwo nie pozwolą na jego zmianę. Mężczyzna, który w domu pełnił rolę “ojca” nie chce już dłużej dźwigać ciężaru bycia “głową rodziny”. Najstarsze dziecko, które pełniło rolę “dorosłego” w stosunku do mniej zaradnego rodzica nie ma już siły być zawsze oparciem i pomocą.  Córka wymagających, kontrolujących rodziców, która nie może już znieść prób doskoczenia do zbyt wysoko powieszonej poprzeczki uznania. Syn nadopiekuńczych rodziców, który w życiu wszedł w rolę ofiary i nie umie wziąć odpowiedzialności za swoje decyzje. To tylko pierwsze z brzegu przykłady. Zastanówcie się nad rolami, które pełnicie w swoim życiu i czy nadal Wam one odpowiadają. To dobry punkt wyjścia.

 

Odpuść sobie, jeśli coś nie wyjdzie

 

Na temat radzenia sobie z porażkami powstały już setki książek. I każdą z nich można by podsumować stwierdzeniem, że porażki są po prostu immanentną częścią życia. Nie ma ludzi, którzy na swojej drodze doświadczają tylko pozytywów. Jak mawia MM: nie musisz tego rozumieć, po prostu zaakceptuj, że tak jest. :) Też wkurza mnie fakt, że żyjemy w kulturze sukcesu, co sprawia, że mówienie publicznie o tym, co się nie udało jest mniej seksi. Z drugiej strony, czytanie o porażkach osób, które podziwiasz, paradoksalnie wcale nie poprawi postrzegania samego siebie w chwili porażki.

 

Jak zawsze, i tu oczywiście kolejny truizm, najważniejsze jest nastawienie. Słynna szklanka, która jest do połowy pusta lub pełna. Być może masz już do wyrzygania czytania takich uwag i tekstów, ale nie zmienia to faktu, że tu po prostu o to właśnie chodzi. O to, w jaki sposób zareagujesz, gdy kolejny raz Ci nie wyjdzie. Zaczniesz obwiniać siebie – “Ty głupia krowo, znowu dałaś ciała, nic nie potrafisz, jesteś po prostu beznadziejna” czy raczej świadomie zastopujesz wrednego, wewnętrznego krytyka i zastąpisz jego świńskie uwagi własnym, bardziej konstruktywnym komunikatem, np. “hej mała, no nie udało się, popłacz sobie trochę, a potem zastanów się, co nie poszło”? Żeby poradzić sobie z krytyką wcale nie potrzeba kolejnych, bardzo skomplikowanych narzędzi. Wystarczy wreszcie wykorzystać te, o których wszyscy i od dawien dawna piszą. Zanim to obśmiejesz lub zlekceważysz zastanów się i spróbuj. Chcesz coś zmienić czy tchórzysz?

 

Jeszcze jedno. Gdy coś Ci nie pójdzie, bo np. sprzeciwisz się własnym zasadom, własnemu osobistemu regulaminowi to zanim się zabiczujesz na śmierć, spróbuj zrobić prostą rzecz. Wybacz sobie błąd. W końcu, jesteś tylko człowiekiem, prawda? A ludzie z natury popełniają błędy. Wszyscy. Wybaczenie nie oznacza, że to coś się nie stało. Wybaczenie nie oznacza, że nie musisz spróbować zadośćuczynić. Wybaczenie nie oznacza, że teraz hulaj dusza, zrobię to świadomie po raz kolejny. 

 

  • Kupiłaś zupełnie niepotrzebny czwarty szary kaszmirowy sweter (bo kaszmirowy, bo szary, bo tani :) i masz wyrzuty sumienia? To spróbuj go oddać, ewentualnie sprzedać (zadośćuczynienie), a jeśli się nie da to ODPUŚĆ sobie. A następnym razem odłóż wieszak na miejsce.

 

  • Kupiłaś idealną sukienkę, która po miesiącu okazała się wcale nie taka idealna i żałujesz wydanych pieniędzy? ODPUŚĆ sobie. Nietrafione zakupy zdarzają się każdemu. Spróbuj ją oddać, sprzedać i bogatsza o doświadczenia poszukaj dalej.

 

  • W szale porządkowania pozbyłaś się rzeczy, która okazała się być potem potrzebna i jesteś wściekła na siebie, że musisz znowu wydać pieniądze? Zdarza się. ODPUŚĆ sobie. Kup tę rzecz i bądź bardziej uważna w przyszłości. Może nie ulegaj impulsowi pozbywania się, a dłużej przyglądaj własnym potrzebom.

 

Wszystkie powyższe przykłady to kwestie, z którymi borykają się i o których pisały dziewczyny w grupie. W naturalny sposób powiązane z pozbywaniem się i kupowaniem rzeczy. 

 

Wiesz, co jest dla Ciebie w życiu ważne?

 

Ostatnia kwestia, która w tym całym odpuszczaniu jest niezwykle ważna. Umiejętność odpuszczania to przede wszystkim rozumienie, które rzeczy są dla Ciebie ważne, a które nie. W pracy będzie to selektywny wybór projektów i kwestii, którym poświęcisz swój czas i uwagę. To podstawowy podział na rzeczy ważne i pilne. Jeśli ważne jest dla Ciebie zdrowie to nie zjesz piętnastego pączka. Tylko, żeby był skuteczny, musisz wiedzieć, które są ważne i trzymać się ich mocno!

 

W życiu prywatnym, jeśli ważna jest dla Ciebie rodzina to odpuścisz dopieszczenie piętnastego projektu w pracy, żeby pójść z synem na mecz. Albo przesuniesz zebranie w pracy, gdy mąż poprosi Cię, żebyś obejrzała z nim nowy film Star Wars (to ja!). Jednak, trzeba być szczerym w stosunku do samego siebie. Jakże często nasze wartości pozostają nimi tylko w sferze deklaracji. Mówisz, że ważna jest rodzina, a wolisz zaangażować się w firmie. Bo kasa, bo awans, bo uznanie szefa. I te wymówki, przecież zarabiam, żeby rodzinie było lepiej… 

 

Odpuszczanie sobie to nie jest wymówka dla nic-nie-robienia. To nie jest wymówka dla setnego folgowania sobie wbrew postanowieniom. To raczej ulga, gdy już nie mogę. Gdy zapędzę się na drodze do doskonałości. Jak dodatkowy hamulec na ośnieżonej drodze do samodoskonalenia.

 

Cudownie jest dbać o swój rozwój, ale to jest droga – raczej maraton, niż sprint. Nikt Cię z batem nie pogania, nie chłoszcz też sama siebie. Odpuść sobie, proszę.

 

63 komentarze
  • Kinga

    Moim sukcesem ostatnio jest to, że nie pracuję w dni wolne :) W pracy staram się załatwić najpilniejsze sprawy, jak będę musiała coś odłożyć, przesunąć na później albo ODPUSĆIĆ :) to trudno :) Ale nie znoszę już pracy do domu.

    • Trzymam kciuki! :)

      • mjz

        Doskonale cię rozumiem, Kasiu. Wszelkie spinanie się na bycie naj naj naj może skutecznie zatruć życie.
        Ja mam tak samo jak Kinga, tylko dzisiaj w drugą stronę. Też się staram nie pracować w domu, zwłaszcza w weekendy, i nawet mi to ostatnio wychodzi. Ale tym razem się po prostu nie wyrobiłam i musiałam dziś po południu sobie popracować. I co? I nic. Też się nie biczuję, że złamałam zasadę, do której tak długo dążyłam.
        Wniosek? Chyba taki, że w odpuszczaniu sobie też nie staram się być zawsze perfekcyjna ;)

      • “I co? I nic” – genialny przykład! :) Dzięki!!!

  • Joanna K.

    Dziękuję Ci za ten tekst Kasiu. Po Prostu.

  • anne

    Hm… tylko jak masz rodzinę, dzieci, za które jesteś odpowiedzialna, to kasa niestety jest potrzebna, a jej zarabianie wyrazem troski o rodzinę. W mojej pracy albo awansujesz, albo wylatujesz – tertium non datur. Niestety. Jak byłam singlem łatwiej było odpuszczać – teraz mnie na to po prostu nie stać, bo mam rodzinę, która jest najważniejsza. Taki paradoks. Także w praktyce jest to dużo trudniejsze niż piszesz…

    • Nie zgadzam się z Tobą. Przykład, który podałam to tylko przykład. Każdemu trudno jest znaleźć balans, ale wywiedzenie z tego teorii, że singlom jest łatwiej po prostu nie jest prawdą. Ale masz rację, to jest generalnie trudne. Dokładnie tak, jak napisałam w tytule: proste rzeczy nie są łatwe.

      • anne

        Ale z czym się nie zgadzasz? Z moim życiowym doświadczeniem? Przecież piszę tylko o tym, co sama przeżyłam – gdy byłam singielką odpuszczanie sobie było dużo, dużo łatwiejsze niż teraz, gdy mam rodzinę i dzieci. Po prostu w moim wypadku tak jest i sądząc po rozmowach ze znajomymi nie jestem wyjątkiem… Pomijam już, że jak masz dzieci, to jest całe mnóstwo rzeczy, których po prostu nie możesz sobie odpuścić choćbyś nie wiem jak bardzo chciała.

      • Absolutnie nie neguję faktu, że Ty masz takie doświadczenia, albo ktoś ze znajomych. Po prostu nie zgadzam się z uogólnieniem, że generalnie single mają łatwiej. Single też mają rodzinę, choć nie mają dzieci. :)

      • anne

        A gdzie uogólniłam i napisałam, że “generalnie single mają łatwiej”? Napisałam, że MNIE jako singielce było łatwiej sobie odpuszczać i dlaczego. Single mają rodzinę, ale zwykle ta rodzina jednak nie jest na ich całkowitym utrzymaniu – jak to jest w przypadku dzieci. Chodzi mi głównie o ten fragment, gdzie piszesz, że niby rodzina jest dla nas najważniejsza, ale jak przychodzi co do czego, to często jednak awans, kasa i uznanie szefa. To niestety niekoniecznie tak działa. Mam gdzieś awanse i uznanie szefów, chętnie też zrezygnowałabym z dodatkowych projektów i kasy za nie i poświęcała czas, który zajmują swojej rodzinie. Tylko, że w mojej pracy rezygnacja z tych rzeczy oznacza rezygnację z pracy… Wiele osób zwyczajnie nie może sobie odpuścić i dopieszcza ten 15. projekt nie dlatego, że chce, ale dlatego, że musi. Kuriozalne jest pisanie: “I te wymówki, przecież zarabiam, żeby rodzinie było lepiej…” Nie, to nie wymówki, bo zarabiam, żeby moje dzieci miały co jeść, w co się ubrać i gdzie spać. I muszę zarabiać więcej niż gdy byłam sama – już nie utrzymuję jednej osoby.

      • Anne, jasne, każdy sam musi ocenić, na ile może odpuścić, a przede wszystkim gdzie. Pytanie na ile sytuacja “awansujesz, albo wylatujesz” jest prawdziwym zagrożeniem, a na ile przekonaniem, które budują w pracownikach szefowie. Strach przed utratą pracy to potężne i bardzo toksyczne narzędzie budowania fałszywej lojalności. Może warto powoli rozejrzeć się za inną firmą?

        Z drugiej strony (i naturalnie nie mówię, że tak jest u Ciebie) znam wielu rodziców, którzy po prostu dali się wciągnąć w taki wir strachu i używają go jako wymówki, żeby nic nie zmieniać. Taka zmiana jest niesamowicie trudna, ale czy nie lepiej spróbować chociażby dla dobra dzieci?

      • anne

        Ustawa o szkolnictwie wyższym, a nie toksyczni szefowie, czy fałszywa lojalność decyduje o tym, że jeśli w x lat nie zrobię tego i tego i śmego (czyli w praktyce awansuję na wyższe stanowisko), to wylatuję – pracuję naukowo, więc zmiana “firmy” niczego tu nie zmieni, bo ta ustawa obowiązuje na wszystkich polskich uczelniach. Czasem naprawdę lepiej darować sobie złote rady…

      • Anne, to nie są złote rady, ale próba znalezienia wyjścia. Że nietrafiona, no cóż, tak bywa, nie znam Twojej sytuacji, bo znać nie mogę. Z drugiej strony, wybierając taki, a nie inny zawód, zdawałaś sobie sprawę, że będzie on wymagający, a decydując się na dzieci, że będzie ciężko to pogodzić. Czy jest to trudne, owszem. Tak, jak napisałam wcześniej: każdy sam musi ocenić, na ile może odpuścić, a przede wszystkim gdzie. I co jest dla niego finalnie najważniejsze.

      • Edyta Weryk

        brawo Kasia!

      • anne

        Nie narzekam na swój zawód jako taki, bo go lubię – nie lubię wyścigu szczurów, który fundują nam kolejni decydenci. Nie oczekuję też, że znajdziesz za mnie i dla mnie wyjście. Próbuję jedynie uświadomić Ci, że nie zawsze awansowanie i branie kolejnych projektów kosztem rodziny wynika z nieumiejętności odpuszczania, czy tego, że po prostu chcemy kasy i uznania. A niestety, często spotykam się właśnie z taką oceną, która jest bardzo niesprawiedliwa.

      • Ach, myślę, że obie przepuściłyśmy się przez “kliszę”. Ty spotykasz się z oceną, że chcesz kasy i uznania, a rodzina jest nieważna, co nie jest prawdą i tylko Ty wiesz, jak trudno jest zachować balans. Dlatego tych kilka znań w tekście Cię dotknęło. Z kolei ja ciągle słyszę (a raczej czytam): co ty możesz wiedzieć o życiu, skoro nie masz dzieci. I to była moja klisza. Niesamowite, że doskonale zdaję sobie z tego sprawę, a i tak zastane przekonania czasami tak mocno wpływają na rozmowę. Pozdrawiam serdecznie!

  • Odpuszczanie sobie to trudna sztuka :) U mnie zaczęło to wszystko iść w dobrym kierunku w momencie, kiedy poszłam na swoje. Może klimat korporacji nie sprzyja odpuszczaniu – w końcu zawsze można więcej i lepiej i szybciej (żeby jednak nie demonizować korpo dodam, że bardzo lubiłam tam pracować :)). I kiedy zawodowo znalazłam stabilizację (po początek mojej działalności był chaotyczny), to nauczyłam się odpuszczać w wielu kwestiach. Mój ulubiony przykład to taki, że kiedy zrezygnowałam z diety, liczenia kalorii, wizyt u dietetyka itp. to schudłam :) A wcześniej zabiegałam o to usilnie dobre pół roku… no i w końcu samo przyszło.

  • Elwira

    A ja musiałam Odpuścić w domu. Po tym jak moja mama odeszła do lepszego życia (mam nadzieję), ja chciałam prowadzić dom tak jak dotychczas. Czyli to co robilysmy we dwie, ja chciałam robić sama: gotowanie, sprzątanie, pranie, prasowanie. Oczywiście pracując na pełen etat, mając małe dziecko w wieku wczesnoprzedszkolnym (chorobowym). Zapetlilam się tak, że psycholog był potrzebny. Cudowna Pani Beata wyprowadziła mnie na prostą. A w końcu okazało się, że nikomu w domu nie przeszkadza to, że jest zrobione na 80%, a nie na 130. I mąż pomaga. Wystarczyło porozmawiać a nie grać bohatera. Niestety te poprzeczki same sobie wiesza tak wysoko, że potem nie potrafimy do nich doskoczyc. Dziewczyny – odpuscie – zróbcie to dla siebie.

    • Elwira, pięknie dziękuję, że zgodziłaś się podzielić swoim doświadczeniem. Trudne, ale ogromnie cenne i inspirujące. Pozdrawiam ciepło!

  • Natalia R

    Ogromnie się cieszę, że ten post pojawił się tak szybko. Mówiłaś o nim na nagraniu, z racji, że obejrzałam go dopiero wczoraj nie musiałam długo czekać;) Widząc informację na instagramie pomyślałam “jak, to już?” zapominając, że live był przecież tydzień temu;)
    Dziękuję Ci za kolejny pięknie napisany i niezwykle wartościowy post. Tak aktualny dla mojej sytuacji. W ostatnim czasie uczę się odpuszczać i jest lepiej. Nie spektakularnie, bo to wszystko to proces. Ciężko jest pozbyć się nawyku dążenia do perfekcji, robienia wszystkiego jak najlepiej, walki z ciągle podnoszoną poprzeczką. Tak się po prostu nie da. W pewnym momencie trzeba odpuścić, bo można zwariować od tego wyścigu. Właściwie z kim? Z samym sobą? Po co?
    Odpuszczając i porządkując przestrzeń wokół siebie, można przeznaczyć czas na ważne dla nas rzeczy. W moim przypadku: na wyzdrowieniu. Pogubiłam się i wpadłam w depresję. Początkowo leczyłam się farmakologicznie, ale to jest tylko leczenie objawów. Dlatego rozpoczęłam terapię. Wczoraj był ostatni dzień, w którym zażyłam leki. Wiem, że teraz może być już tylko lepiej. Mam świetnego terapeutę, dzięki któremu mam szansę wyzdrowieć. Pomogło mi też to, że trafiłam na Twój blog, później kupiłam książkę, przeczytałam ją 2 razy. Zmienił się mój światopogląd, nie przywiązuję już wagi do przedmiotów, męczy mnie konsumpcjonizm i ludzie, którzy ciągle chcą więcej. Ja chcę mniej. Świadomie.
    Na jutro zaplanowałam porządki, chyba już ostatnie, ale takie szczere, które zamkną stary etap mojego życia. Jestem gotowa, by ruszyć dalej, bez sentymentów, po prostu żyć w zgodzie ze sobą, słuchać swoich potrzeb. Odpuszczać. Dziękuję Ci jeszcze raz za ten tekst. Chciałabym, żeby w sieci pojawiało się więcej tekstów tak wspaniałych i inteligentnych ludzi jak Ty.
    Przepraszam za tak długi wywód, jeszcze trochę i dorównam Twojemu tekstowi ;D Ale staram się otwarcie wyrażać swoje zdanie, nie ma wtedy miejsca na nieporozumienia. A Twój tekst zasługuje na coś więcej niż tylko “like” na facebooku.

    • Natalio, depresja to trudna i podstępna choroba, wiem. Ogromnie gratuluję Ci odwagi w świadomym szukaniu pomocy i trzymam mocno kciuki za całość terapii i nowy etap w życiu! 🖤🖤🖤

      • Natalia R

        Dziękuję! ♥

  • “Odpuszczanie (…) To raczej ulga, gdy już nie mogę. Gdy zapędzę się na drodze to doskonałości.” Piękne, prawdziwe. Dziękuję za te słowa, dodają otuchy, która nam kobietom szczególnie jest potrzebna, bo mam wrażenie, że to właśnie my mamy zaprogramowane dążenie do doskonałości, a odpuszczanie traktujemy w kategoriach porażki. Takie teksty są potrzebne! Pozdrawiam cieplutko.

  • Ewa

    Nie wierzę, że akurat dziś pojawił się ten post. Trafiłaś w sedno. Kiedy po kolejnym ciężkim tygodniu pracy na dwa etaty postanowiłam choć na chwile odpuścić. Bijąc się z myślami czy powinnam, czy mogę itd. Postanowiłam ze w końcu tak zrobię!!! A przecież dzień wolny wiec można nadrobić zaległości w wielu aspektach życia, rozwoju osobistym czy w końcu spaleniu kilku kalorii. Na dodatek święta tuż tuż wiec czas przygotować pierniki jak z katalogu
    ( przecież to „ważne” żeby zawsze być perfekcyjnym i zrobić wszystko samemu).
    W końcu „perfekcyjna Pani domu” to nie przypadek… Ale dzisiaj pijąc poranną kawę uświadomiłam sobie ze ciagle gonie za czymś co tak naprawdę nie jest mi bliskie.
    W końcu na chwile się zatrzymałam i postanowiłam ze musi być czas na to co chce zrobić a nawet nic nie robić, nie zważając na to co pomyślą inni. Jeśli nie odpuszczę to zwariuje ciągle udowadniając że ze wszystkim zawsze sobie poradzę. Całe życie byłam perfekcjonistką bo tego wymagali rodzice a teraz kiedy mieszkam sama mogę w końcu zacząć żyć własnym życiem. Tak jak chce!!! Obecne czasy są bardzo wymagające ale nie wymagajmy od siebie niemożliwego.
    Dziękuje za Twoje słowa. Umocniły mnie w moich postanowieniach i finalnie zabiły wyrzuty sumienia.
    P.S. spaliłam „kilka kalorii” spacerując i łapiąc oddech z ukochanym pupilem ☺️

  • Majka

    to smutne i pouczające zarazem. Ja nauczyłam się odpuszczać dopiero po bardzo trudnym osobistym doświadczeniu, jakim było poronienie. Zatrzymałam się, bo musiałam się zatrzymać. I zobaczyłam, jaka ta wcześniejsza pogoń za nie wiadomo czym była bez sensu.

    • Współczuję

    • Ogromnie mi przykro i przesyłam mnóstwo ciepłych myśli. :)

    • Ela – themomentsbyela.pl

      troszkę cię rozumiem, zatrzymałam się w szpitalu i teraz inaczej podchodzę do wielu spraw. Nie jest to proste ale jeżeli nie znajdziemy swoich priorytetów nic z tego nie będzie. A może na początku zamiast histerycznie sprzątać dom lepiej usiąść z mężem, przyjacielem czy koleżanką na herbatce.

  • Dzięki za ten tekst.
    Właśnie spierniczyłam zamówienie jednej klientki. Nie do końca z własnej winy ale mam od razu doła i czarne myśli że jestem do niczego. Może faktycznie trzeba to przełknąć i iść dalej bo czasem coś się po prostu pierniczy i nie mamy na to wpływu :(

  • Kasia

    Ja nauczyłam się odpuszczać na studiach magisterskich. W trakcie studiów inżynierskich starałam się z każdych zajęć mieć dobre oceny. Jednak rok w rok stypendium rektora za wyniki w nauce motywuje do cięższej pracy ;) W trakcie ostatniego drugiego semestru studiów magisterskich (czyli początek V) roku stwierdziłam, że muszę odpuścić… Że najważniejsze są przedmioty bezpośrednio związane z moją specjalizacją, a wszystko co jest tylko “zapychaczem czasu” i nie wiąże się w sposób bezpośredni z moją specjalizacją, ale jest wspólne dla całego kierunku odpuszczam i robię na pół gwiazdka. Tak, żeby tylko zdobyć zaliczenie. Co mnie przekonało? To, że jak skończę studia to nikt mi nie wypłaci stypendium za wyniki z V roku ;) [a iść na doktorat nie planowałam, więc ostateczna średnia ocen nie miała dla mnie zbyt dużego znaczenia] Ostatecznie skończyło się to tak, że dzięki tej decyzji prawie cały swój czas poświęciłam na zagadnienia tylko związane ściśle ze specjalizacją, a oceny i tak były na tyle wysokie, że pozwoliły mi ukończyć studia z wyróżnieniem. I o ile mniej stresu przez ten ostatni V rok :)

  • Kasia

    Nie potrafimy odpuścić, bo zbyt mocno identyfikujemy się z rolami które pełnimy. Kluczem do odpuszczenia jest ukochanie siebie
    ,, czystego ” po odrzuceniu wszelkich identyfikacji. Ukochanie swojego istnienia… Gdy odpuścimy sobie próbę odpuszczenia i zaakceptujemy tą część nas która nie potrafi odpuść odpuszczenie przyjdzie samo.

    • Z tym, że przyjdzie “samo” bym nie szarżowała. ;) Oczywiście, masz absolutnie rację.

  • Katarzyna Guzdek

    Pani Katarzyno wspaniały wpis. Dzięki pani książce, dzięki temu, że od czasu do czasu tu zaglądam, dzięki mądrym słowom i dzięki ludziom takim jak pani, przewartościowuję swoje życie i swoje wyobrażenia. Chciałabym tylko czasem właśnie tak, odpuścić sobie….

  • Sylwia B

    ….ja nauczyłam się, dopiero wtedy gdy mój organizm odmówił posłuszeństwa…nawet wtedy to była meg trudna nauka… dziś staram się rozsiewać “odpuść sobie” jak wirusa :)
    super tekst!

  • Bernarda

    Myślę,że trzeba odpuszczać metodą małych kroków. Najgorzej to robić coś na siłę bo jest na czasie. Albo się człowiek nauczy i przywyknie odpuszczać albo stwierdzi,że to nie jego droga. Odpuszczanie to jak napisała Pani Kasia umiejętność, którą nabywamy.Nikt nie rodzi się aby odpuszczać czy byciem perfekcyjnym .

  • Luiza Ciesielska

    Bardzo dobrze to rozumiem i próbuję stosować. Nie warto dać się zwariować. Nie jest się robotem. Trzeba cieszyć się życiem, zwolnić, poczuć siebie. Ale ta refleksja i potrzeba przychodzi z wiekiem :)

  • Aga

    Kasiu dziękuję za inspirację, za to, że dzielisz się sobą i Twoimi doświadczeniami z nami. To co robisz jest dla mnie ważne i motywujące w świecie nastawionym głownie na kosumpcjonizm. Już wyglądam Mikołaja, bo w liście poprosiłam go o Twoją książkę. :) Twój blog był dla mnie pierwszym impulsem do lepszego, prostrzego życia. Widzę zmiany i to mnie bardzo cieszy. :)

  • MadMad

    Przeczytałam, przemyślałam, ponownie przeczytałam… i w końcu odważę się napisać. Dziękuję
    Kasiu, za ten tekst. Tak inny od tej pięknej i wybielonej blogowej (nie)rzeczywistości. Tak zwykły i jednocześnie pozbawiony coacholenia (słowotwórstwo od coachingu i pierniczenia ;)). Przyszłaś mi z tym tekstem w samą porę. W przeddzień mojej wizyty u specjalisty, w momencie kiedy każdy dzień mnie przerasta. Odpuszczanie sobie jest tak potrzebne a jednocześnie tak bardzo trudne. Ja odpuszczam w tym złym znaczeniu – odpuszczam, bo wiem, że nie zrobię dobrze, a nie znoszę gdy coś mi nie wyjdzie. Zapętlam się i nawet nie próbuję, bo wiem, że mi nie wyjdzie. I znów się zapętlam, bo widzę siebie jako lenia, który nie próbuje. Obecnie jesteśmy bombardowani z każdej strony idealnym życiem – insta, blogi, pinteresty. Każda z nas przecież MUSI mieć idealny porządek, idealny plan, idealny cel, do tego być świetnie zorganizowana i robić piękne zdjęcia. Nie zapominajmy o porannej jodze i pełnowartościowym
    zbilansowanym, świeżo przygotowanym ściadaniem. Relaksem z kubkiem kawy nad BuJo. Internety tłoczą nam do głowy jedyny „słuszny schemat” przekucia pasji w zawód, założenie własnej firmy i potem już tylko piękne zdjęcia z wiecznych wakacji. To nie sprzyja odpuszczaniu. Oczywiście nie krytykuję tego wszystkiego co napisałam powyżej, ale nie jest to dal każdego. Odpuszczanie sobie (w moim rozumieniu) to też zdanie sobie sprawy, że nie musimy wszystkie robić tak samo. Każda z nas przechodzi życie w swoich butach.
    Podobnie jak odpuszczaniu nie sprzyjają role o których piszesz . To w czym wyrośliśmy, do czego się bezwiednie ułożyliśmy lub na co w dobrej wierze się zgodziliśmy i tak już zostało. Prawdą jest, gdy tylko chcesz się poruszyć o milimetr to otoczenie bardzo się buntuje. To niesamowite, jak w pewnym momencie dochodzi się do wniosku, jak wiele decyzji podjęli za nas inni lub środowisko. Oczywiście nie zawsze w złej wierze, przeważnie – wręcz przeciwnie. Czasem tak bardzo chciałoby się cofnąć czas. Chciałabym się nauczyć odpuszczania, zmiany myślenia z „muszę” na „mogę i chcę”. I czasem przychodzi moment, kiedy samemu się już nie daje rady. Cieszę się, że mam wspierającego męża, który może nie zawsze wie co zrobić gdy mam gorszy dzień i nie potrafię podjąć decyzji czy chcę kawę czy herbatę, jednocześnie wylewając na siebie wiadro epitetów, bo nie kupiłam maselniczki, ponieważ pracowała, ale wiem, że chce dla mnie jak najlepej.
    Jeszcze raz dziękuję za ten tekst. To ogromnie budujące, że jest w tych całych internetach ktoś, kto tak dobrze jest osadzony w rzeczywistości :)

  • Maja

    Kasia, dzięki! W samą porę ten artykuł! Właśnie jestem w fazie powolnego akceptowania faktu, że nie da się robić wszystkiego na raz :)

  • Marla

    Witam serdecznie!
    Od dłuższego czasu śledzę tematy na Pani blogu. Jednak dopiero teraz odważę się dodać coś od siebie. A może już po raz drugi… Chciałam bardzo podziękować za ten tekst – naprawdę wartościowe myśli Pani poruszyła. Zwłaszcza dziś, kiedy tempo życia wzrasta wciąż… Tymczasem każdy z nas jest tylko (albo aż :) człowiekiem, z krwi i kości, doba ma 24 godziny a tydzień 7 dni. Nie da się zrobić wszystkiego i zaspokoić życzeń wszystkich wkoło. A przecież sami sobie też stawiamy cele i chcemy je realizować. Jak to wszystko ogarnąć? Właśnie tak, jak Pani, Pani Kasiu pisze – ustalić, co jest najważniejsze. A potem się tego trzymać i w razie małych potknięć i upadków, wstawać, otrzepać ubranko i iść dalej do przodu. Sama się o tym przekonałam bardzo boleśnie. Zachorowałam. Na szczęście Rodzina i Przyjaciele mnie wspierali i wspierają wciąż. Jakoś ogarnęłam temat i teraz jeśli coś nie zależy od mojego życia, albo życia innych ludzi (czy też zwierzaków), odpuszczam i leżę. Odpoczywam, relaksuje się albo robię coś innego, co rozładuje emocje, rozluźni mięśnie i odżywi kości. Metody i drogi wyboru, listy wartości są tak różne, jak różni są ludzie. Każdy musi osobiście zadecydować, co wybierze. A potem osobiście ponieść tego konsekwencje. A jak wiemy to nie zawsze jest wszystko miłe i fajne. Ale życie zgodne z naszymi wartościami warte jest bólu związanego z obstawaniem przy nich!
    Pozdrawiam serdecznie!

  • Cześć Kasiu,
    dla mnie właśnie minimalizm był punktem zwrotnym. Plus praca w korporacjach gdzie kobieta kobiecie wilkiem, licytacja kto dłużej będzie siedział w pracy, zła atmosfera. W kontekście pracy właśnie pracoholizm i brak umiejętności odpuszczania

    Teraz szokuję ludzi mówiąc, że wszystko inne niż moje życie jest dla mnie numerem dwa. Nie boję się powiedzieć w pracy że praca, chociaż ważna i bardzo się do niej przykładam, to praca. Moje życie jest gdzieś indziej. Różnie na to reagują inni, ale najczęściej są zszokowani kiedy odkrywają, że moją dewizą jest “zrobione jest lepsze od doskonałego”. Nie szukam idealnych rzeczy (w stylu wybieranie laptopa czy telefonu miesiąc oglądając milion recenzji), nie akceptuję tylko idealnych sytuacji po prostu żyję. I tego się trzymajmy;)

    • Życzę Ci dalszego przyjemnego szokowania! ;)))

      • Nie wiem czy ono jest takie przyjemne, ale trzeba walczyć o swoje. Minimaliści to trochę tacy rycerze dobrych zmian :P

  • Beata Kędra

    i znowu sprawdza się stara zasada złotego środka – popadanie w skrajności nigdy nie wychodzi nam na dobre!

  • Agnieszka Nie

    Kasiu, dziękuję za ten tekst – bardzo potrzebowałam czegoś takiego właśnie teraz.

  • Świetny wpis. Mnie w odpuszczaniu pomagają dzieci. One są takim czynnikiem pomagającym otrzeźwieć i zobaczyć, co jest w życiu najważniejsze.

  • Patrycja L.

    Pani Kasiu, dziekuje za ten tekst. Akurat borykam sie z taka sytuacja w
    ktorej nie moge sobie odpuscic tego, ze nie podolalam w pewnym zadaniu i
    wpedzilo mnie to w taki konkretny dolek moralny. Staram sie jak moge
    wyjsc z tego a Pani tekst przyniosl mi pewnego rodzaju chwilowe
    ukojenie.

    Przepraszam za brak znakow, pisze z zza granicy :)

  • Świetny tekst! Teraz tylko wprowadzić w życie! <3

  • askadasuna.blogspot.com

    Od kiedy pozwoliłam sobie na bycie niedoskonałą życie stało się dużo przyjemniejsze. Przez długi czas wydawało mi się, że muszę spełniać długą listę oczekiwań narzuconych przez otoczenie, a teraz świadomie pozwalam sobie na bycie niedoskonałą i czuję się naprawdę szczęśliwa, bo zamiast robić sobie wyrzuty, że znowu nie ułożyłam sobie włosów, myślę – spokojnie, świat się od tego nie zawali, a bez fantastycznego koka też jestem wspaniałym człowiekiem, a ten kto mnie kocha i lubi, dalej będzie to robił bez względu na to jak wyglądać i czy mam w domu idealnie czysto.
    Szekspir napisał w jednej ze swoich książek – życie nie jest lepsze ani gorsze od naszych marzeń. Jest tylko zupełnie innej. I to jest święta prawda, bo to od nas samych zależy czy zadowolimy się czystym mieszkaniem, czy będziemy się zadręczać i dążyć do wersji wylizane the lux.

    • Aurelia

      “Przez długi czas wydawało mi się, że muszę spełniać długą listę oczekiwań narzuconych przez otoczenie”
      Otoczeniem to potrafię się nie przejmować. Nie wiem tylko jak przestać samej sobie narzucać listy oczekiwań… Nikt nigdy ode mnie tyle nie wymagał, co ja sama od siebie. Gdy odpuszczam sobie trochę, druga półkula dostrzega lukę i od razu wymyśla, czym by tu ją wypełnić…

      “a ten kto mnie kocha i lubi, dalej będzie to robił bez względu na to jak wyglądać i czy mam w domu idealnie czysto.”
      Ha. Fajne zdanie, ale ja w to nie wierzę :) Przecież skądś się rozwody biorą… I w mojej głowie mocno siedzi to przekonanie, że jak się przestanę malować, to koniec małżeństwa ;)

      • Askadasuna

        Od razu składałabym pozew o rozwód, bo co to za małżeństwo, którego jedynym fundamentem jest makijaż na Twojej twarz?

      • Aurelia

        Przecież to nie jest fundament mojego małżeństwa ;) To tylko strachy w mojej głowie, których korzenie są dużo starsze niż moja znajomość z mężem… Wymieniłabym go na innego, a strachy zostałyby te same…

  • malowane dni

    Tyle razy mysle że od dziś odpuszczam, a jednak nie jest to takie proste :)

  • Agata Nowak

    Przeczytałam i myślę… bardzo to wszystko mądre i w dzisiejszym świecie takie nieoczywiste(?). Bo przecież każdy z nas powinien mocniej, dalej, szybciej… Mimo wszystko uważam, że człowiek jak się nie sparzy, tak się nie nauczy, niestety. Jednak to całkiem pozytywny wydźwięk, że można dojść do takich wniosków jak Ty, nie podupadając na zdrowiu, relacjach rodzinnych czy stosunkach w pracy :) Szkoda, że ja nie byłam na tyle odpowiedzialna za siebie, żeby zdać sobie z tego sprawę i sama jestem w gronie tych “poparzonych” własną gonitwą do perfekcyjności.
    Bardzo inspirujący i mądry tekst. Pozdrawiam gorąco :)

  • Magdalena

    Zaskoczyłaś mnie tymi słowami. Dostałam newsletter z tematyką posta, ale odłożyłam przeczytanie na potem/nigdy, bo o odpuszczaniu to przecież ja już wszystko wiem ;). Nie skasowałam jednak tego powiadomienia (chyba jednak chciałam tu zajrzeć). W związku z tym, że mam wolną sobotę, że mogę odespać, wstałam o 6 (mój kot jest sponsorem wczesnego poranka :) ). I czytałam. Najbardziej wzruszyło mnie : ” Wybacz sobie”. Mam z tym problem, pewnie to jest przyczyną. Trudno mi przyznać się przez samą sobą, że jednak czasem mi coś nie wychodzi, że mogę popełnić błąd, podjąć zła decyzję. Nie dalej niż dwa dni temu, zmagałam się z wyrzucaniem sobie, że źle postąpiłam. Staram się wtedy tłumaczyć mojemu ego, że takie zdarzenie, ma mi dać lekcję, abym potem w podobnej sytuacji zachowała się już tak, jak wg mnie powinnam, może to uchroni mnie przed czyś zdecydowanie bardziej poważnym, niż “tylko” rozczarowaniem samą sobą. I choć to wiem, cały czas muszę to wypracowywać, jakoś nic samo nie przychodzi :). Pozdrawiam z Malborka :).