Trzy tygodnie temu skończyłam czterdzieści cztery lata. Czuję, że wreszcie jest to dobry moment, żeby napisać o czymś, o co pojawiały się pytania już od dłuższego czasu.
O starzeniu.
O przemijaniu.
O utracie sprawności.
O zmianie.
Jest jedna rzecz, która ostatnio zmieniła się w moim postrzeganiu ciała najbardziej. Moje ciało przestało być czymś oczywistym.
Jasne, przez ostatnie trzydzieści lat mojego życia często myślałam o ciele. Inaczej, gdy byłam nastolatką. Inaczej, gdy miałam trzydzieści lat. Ciało było dla mnie towarzyszem w drodze rozwoju, relacji, pracy. Czasami podobało mi się bardziej, czasami mniej. Czasami dbałam o nie bardziej, czasami mniej. Jednak, było dla mnie czymś oczywistym. Po prostu było. Niosło mnie przez kolejne dni, pozwalało pracować, podróżować, chodzić godzinami, nie domagało się szczególnej uwagi.
Co zabawne, wiele osób mówi o czterdziestce jak o pewnego rodzaju magicznym przejściu, ale moje doświadczenie jest inne. Czterdziestka nie dotknęła mnie w najmniejszym stopniu. Dopiero relatywnie niedawno, powiedziałabym, że ostatnie pół roku jest najbardziej intensywne, widzę jak mocno moje ciało się zmienia.
Zmienił się metabolizm. Już nie wystarczy kilka dni postu przerywanego, żeby przykryć ślady włoskiej kolacji, pełnej makaronu i tiramisu. ;) Inaczej reaguję na ukochaną kawę. Inaczej zachowuje się moje skóra, inaczej reaguje nawet na wypróbowane kosmetyki. Sen stał się szczególnie ważny, ale to, co zmieniło się najbardziej, to moje podejście do sportu.
Przestał być środkiem do krótkoterminowego celu, stał się częścią codzienności. Czasami bardziej, czasami mniej regularną, ale zmieniła się moja motywacja. Już nie ćwiczę, żeby móc gdzieś wejść, pojechać na wyprawę itp. Teraz chcę, żeby moje ciało było silne jak najdłużej, żeby jak najdłużej towarzyszyło mi w codziennym życiu.
Mój ukochany dziadek, który zmarł w zeszłym roku, w wieku 93 lat, wciąż powtarzał, że trzeba chodzić, trzeba się ruszać, choćby bolało. Myślę, że jest w tym głęboka prawda. Jasne, badanie to potwierdzają, ale on to wiedział z głębi swojej mądrości.
I choć te zmiany są naturalne, nie zawsze jest łatwo się z tym spotkać. Nie chcę udawać, że starzenie się zawsze jest piękne.
W podejściu do starzenia się widzę często dwie skrajne narracje. Pierwsza mówi: walcz z czasem. Zatrzymaj go. Ukryj każdą zmianę. Druga: pokochaj każdą zmarszczkę i ciesz się z każdego etapu życia. A ja nie odnajduję się w żadnej z nich. Są dni, kiedy patrzę w lustro i zupełnie nie zwracam uwagi na zmiany. Są też takie, kiedy odrobinę trudniej połączyć mi obraz siebie z tym, co widzę. I myślę, że obie te reakcje są ludzkie.
Pisząc ten tekst uświadomiłam sobie, że moje podejście do starzenia się jest bardzo… mindfulnessowe.
Praktyka uważności pozwala spotkać się z dyskomfortem i tak samo wygląda to w mojej aktualnej relacji z ciałem. Staram się zauważać te drobne momenty dyskomfortu, gdy zauważam na twarzy grawitację, albo gdy brzuszek mocniej wystaje. ;)
Takie podejście nie sprawia, że nagle przestaję absolutnie przejmować się starzeniem czy je gloryfikować. Daje mi natomiast coś innego. Przestrzeń, żeby ten dyskomfort zauważyć, zamiast natychmiast próbować go zagłuszyć. Żeby powiedzieć sobie: moje ciało się zmienia. I pobyć z tym przez chwilę.
Moje ciało nie jest projektem. Jest relacją.
Przez wiele lat traktowałam ciało jak zadanie, albo nie zajmowałam się nim szczególnie. Jeśli już, to trzeba było o nie zadbać. Sprawić, żeby było zdrowe, wyglądało lepiej.
Dziś coraz częściej myślę o nim jak o wieloletniej relacji. Nie zawsze łatwej, ale takiej, z której nie można i nie chcę się wypisać. Właśnie to ciało było ze mną we wszystkich ważnych momentach mojego życia. Oddychało, kiedy się bałam. Niosło mnie wtedy, gdy brakowało sił. Pozwalało przytulać. Śmiać się. Płakać. Tworzyć. Doświadczać.
Jakkolwiek banalnie i trywialnie to brzmi, moje ciało zasługuje przede wszystkim na wdzięczność.
A czego się obawiam?
Utrata moich dziadków w ciągu ostatnich kilku lat, świadomość jak wyglądały och ostatnie lata, pokazały mi dobitnie, że w mojej relacji z ciałem nigdy nie bałam się zmarszczek czy innych zmian w wyglądzie ciała, a utraty sprawności i sprawczości.
Mindfulness pomaga mi z tym pracować. Nie poddawać się obawom, ale i ich nie odpychać. Bo dopiero wtedy, gdy przestajemy uciekać przed tym, co nieuniknione, możemy żyć pełniej tym, co jest teraz.
𓂃𓂃𓂃
Zapraszam Cię do rozmowy o starzeniu się. O nieuniknionej zmianie. Niezależnie, ile masz lat, jestem ogromnie ciekawa Twoich refleksji.
PS Zdjęcie tytułowe to oczywiście zabawa. :)


