Lubię być sama.
Lubię spędzać czas w samotności.
Gdy byłam mała, takim moim czasem były książki.
Dziś nie potrzebuję książek.
Dziś dużo lepiej rozumiem tę głęboką potrzebę.
Od dawna chodzi mi ten temat po głowie, ale kiedy będzie lepszy moment, niż początek listopada? Czas zadumy. Czas, gdy bycie samemu najczęściej kojarzy się ze stratą. Ostatnie trzy lata to był mój czas straty. Rok po roku traciłam ważnych dla mnie członków mojej rodziny.
Słownikowa samotność w pierwszej kolejności kojarzy się z byciem bez rodziny, bez przyjaciół. Mimo strat, to nie jest moja samotność i nie o takiej chcę pisać. Wybieram inne znaczenie słowa samotny – jako „spędzany, odbywany w pojedynkę, bez towarzystwa”.
Moja samotność jest intencjonalna. Potrzebna. Czasami spokojna, czasami radosna. Oczywiście, łatwiej o taką samotność, gdy się mieszka samemu. :) Na szczęście, mam u boku partnera, który doskonale rozumie i dzieli ze mną tę potrzebę spędzania czasu w samotności.
W tej samotności, za każdym razem, zachwyca mnie to, jak bardzo jest ona karmiąca. Jak bardzo jest kojąca. I jak mocno wpływa na moją kreatywność i energię do życia!
Wystarczą dwie, trzy godziny w samotności i nagle zaczyna mi się jakoś bardziej chcieć. Zaczynam planować, działać, pisać, malować, ćwiczyć. Czytam, medytuję, oglądam (czasami głupoty). Gotuję. Pracuję. Sprzątam w środku i na zewnątrz. Wtedy przychodzą do mnie ważne refleksje, dobre pomysły, wtedy słyszę swoją intuicję. Cokolwiek robię, czuję, że staję się lepsza. Dla siebie. Dla innych. Regeneruję się i mam dużo więcej do zaoferowania światu.
Samotność.
Bywa uzdrawiająca.
A potem tęsknię.
Wracam.
Jestem.
Jeśli nie znasz tego stanu, to może spróbujesz?
Zatrzymaj się.
Pobądź sama ze sobą dosłownie i w przenośni.
I zobacz, co się stanie… :)


