Darmowe
planery, e-booki...

Podziel się:

Darmowe
planery, e-booki...

O kobiecości, emocjach i uważnym patrzeniu – moje wiosenne inspiracje

Tej wiosny nie szukałam inspiracji.
Nie robiłam list wystaw do zobaczenia ani filmów do nadrobienia.
A jednak – zaczęły mnie znajdować.

W obrazach, które zatrzymywały mnie na dłużej, niż planowałam.
W kadrach filmów, które bardziej się czuje, niż rozumie.
W ciszy między jedną myślą a drugą.

W ogromnej potrzebie tworzenia, jeszcze nie wiem czego, jeszcze nie wiem jak. Bardziej to czuję, niż rozumiem.

I może właśnie o to chodzi – nie o więcej, tylko o głębiej.
O emocję.

𓂃𓂃𓂃

Są takie wystawy, które się „ogląda”. I są takie, które się przeżywa. Ta należała do tych drugich. Nie pamiętam wszystkich prac. Nie potrafiłabym ich dokładnie opisać. Pamiętam fragmenty myśli, zachwyty, kilka zaskoczeń.

To nie była opowieść o jednej kobiecości, a raczej o odkrywaniu siebie poprzez sztukę. Czasem dosłownie, czasem poprzez metafory, a czasem w skrawkach codziennej twórczości, którym tak długo odmawiano artystycznego znaczenia.

Malowałam, gdy Stasia w domu nie było – mówi jedna z artystek. Wycinanki i hafty to nie sztuka, a ćwiczenie dłoni, aby mniej pojętne kobiety mogły lepiej nauczyć się pisać i czytać – tak przecież przez wieki mówiono o kobiecej, domowej, twórczości.

Ta wystawa nie dawała odpowiedzi.
Raczej zadawała pytanie: ile w nas jest jeszcze nieusłyszanego?

Na górze autoportret Angeliki Kauffman, uważanej za cudowne dziecko i najbardziej światłą kobietę XVIIIw. Współzałożycielka Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w Londynie, a na dole słynny plakat Guerilla Girls z 1989 r.

Wycinanki to jedna ze sztuk, które były bagatelizowane przez świat artystyczny. Wycinanki to też narzędzie ekspresji, które Dorota Kobieta, reżyserka filmu Chłopi, dała do ręki Jagnie. To miał być sposób przełożenia na ekran złożoności stanów wewnętrznych bohaterki.

Swoja drogą, film, który obejrzałam dopiero teraz, niesamowicie mnie zachwycił. Kolory, faktury, światło – wszystko miało znaczenie. Ale najbardziej poruszyło mnie coś innego: rytm. Nie rozumiałam tego wtedy, gdy czytałam Chłopów w szkole…

Rytm natury.
Rytm życia, które nie przyspiesza tylko dlatego, że my tego chcemy.

Przypomniałam sobie, jak rzadko pozwalam sobie być „w swojej porze”.
Jak często próbujemy przeskoczyć etapy – szybciej, więcej, dalej.

A przecież nie każda pora jest na działanie.
Niektóre są tylko po to, żeby być.

Nie czytałam wiele o jego produkcji, kulisach powstawania i oglądając, nie mogłam przestać myśleć o tym, że gdzieś już to widziałam… Szczególnie kojarzyły mi się, nie bez powodu oczywiście, z obrazami Chełmońskiego, ale nawiązań jest tam o wiele, wiele więcej! Munch, Wyczółkowski, no i Vermeer! Zerknijcie tutaj koniecznie, żeby zobaczyć pełen przekrój.

𓂃𓂃𓂃

Z tych wszystkich inspiracji najbardziej osobista była ta, która wydarzyła się u mnie. A zaczęło się od kupienia dwóch białych blejtramów. Przez przypadek, na zakupach z mamą. Potem były farby. Bo mi się skończyły w zeszłym roku. Potem wprawki, bazgroły, plamy.

Zaczęłam malować bez planu. Bez koncepcji. Bez potrzeby, żeby coś „wyszło dobrze”. Po prostu siadałam i sprawdzałam, jaki kolor ma dziś mój stan.

Czasem był bardzo delikatny.
Prawie przezroczysty.
Czasem ciemny, gęsty, trudny do rozprowadzenia.

Zamiast nazywać emocje – zaczęłam je widzieć. I to było zaskakująco uwalniające. Bo kiedy emocja staje się kolorem, przestaje być problemem do rozwiązania. Staje się czymś, co można obejrzeć. I zostawić takim, jakie jest.

A cykl obrazków, który powstał, nazwałam odcienie emocji. I rozdałam na koniec stacjonarnego kursu MBSR moim kursantom. Kto chciał, brał. Za miesiąc zaczynam nowe grupy, pięknie zapraszam!

Są też inspiracje, które są przypadkowe.
Ciche.

Delikatna linia.
Dużo przestrzeni.
Minimalna forma, w której każdy detal ma znaczenie.

Patrząc na takie prace, mam wrażenie, że ktoś mówi do mnie bardzo cicho – i właśnie dlatego słyszę to wyraźniej.

Takie są prace Agnieszki Kruk. Poznałyśmy się ze 12 lat temu. Agnieszka jest scenarzystką, była jedną z moich pierwszych klientek w coworku, który stworzyłam i prowadziłam na warszawskim Mokotowie. Potem nasze drogi się rozeszły, ale pamięć pozostała. Spotkałyśmy się kilka dni temu, przez przypadek, na japońskich targach w Domu Braci Jabłkowskim. Okazało się, że Agnieszka nie tylko pisze, ale i maluje. Zachwyciły mnie jej prace. Ich tworzenie to mindfulness w czystej postaci. Te same wartości i jakości, inne narzędzie.

Okazało się, że praca, którą wybrałam dla siebie i zabrałam jako zakładkę do książki, nosi tytuł spokój. Agnieszki spokój w oryginale pojechał właśnie na wystawę do Japonii. Mój ze mną do domu.

Sztuka Agnieszki to piękne przypomnienie, że nie wszystko musi być intensywne, żeby było ważne.

Że czasem mniej naprawdę znaczy więcej.
Nie jako zasada.
Jako doświadczenie.

Poza tymi większymi inspiracjami są też drobne rzeczy, które zostają ze mną zdecydowanie najdłużej, choć czasami musze się o to postarać:

Światło, które nagle zmienia zwykłą ścianę w obraz.
Wabi sabi blokowej elewacji.
Cisza w przestrzeni pełnej ludzi.
Ciepły dotyk słońca na policzku.
Moment, w którym coś czuję, ale jeszcze tego nie rozumiem.

To są chwile, których nie da się zaplanować.
Można je tylko zauważyć.

Nie wyciągam z tych doświadczeń wielkich wniosków. Raczej kilka cichych przypomnień, że nie wszystko trzeba rozumieć; że mniej bodźców często znaczy więcej odczuwania; że emocje nie potrzebują natychmiastowej reakcji; że sztuka nie jest po to, żeby ją analizować — tylko żeby jej doświadczyć.

I może najważniejsze:
że można żyć trochę wolniej, nie tracąc niczego ważnego.

Myślę, że ta wiosna nie jest o szukaniu inspiracji.
One i tak przychodzą.

Jest raczej o tym, żeby zrobić dla nich miejsce.
Zatrzymać się na chwilę.
Popatrzeć dłużej.
I pozwolić sobie poczuć – nawet jeśli nie wszystko od razu ma sens.

A jeśli miałabym zostawić Cię z jednym pytaniem, to byłoby to: co ostatnio naprawdę Cię zatrzymało?

Sprawdź Także

Powiadomienia
Powiadom o
guest
5 komentarzy
najstarszy
najnowszy
Inline Feedbacks
View all comments