Na sukces trzeba zapracować. Droga na skróty nie istnieje

#‎myfirst7jobs

Kojarzycie hasztag #‎myfirst7jobs‬? Bardzo rzadko jestem na bieżąco z wirtualnymi trendami, ale przyznaję, że akurat ten Facebookowy łańcuszek bardzo przypadł mi do gustu. A raczej stał się leitmotivem do treści, którymi już dawno chciałam się z Wami podzielić. 

 

Od razu mi się skojarzyło… W wielu filmach można zauważyć pewną charakterystyczną sekwencję kadrów. Najczęściej obrazuje ona przemianę głównego bohatera, który od niedojdy poprzez ciężką pracę osiąga wymarzony cel. Vide chociażby Rocky. Kłopot w tym, że ten czas, gdy bohater ciężko pracuje/trenuje/poci się/wylewa łzy/przegrywa-aby-się-podnieść jest puszczany w ogromnym skrócie, często w przyspieszonym tempie. Bach, bach, bach i z nieudacznika mamy człowieka sukcesu! Kilka zamglonych kadrów pokazujących pracę i przemianę i już! Gotowe!

 

Wszystko wygląda pięknie, tylko w prawdziwym życiu tak nie jest.

 

Prawdziwe życie wygląda tak:

the-road-to-success

źródło grafiki

 

Dokładnie tak samo było w moim przypadku. Żeby dojść do momentu, w którym jestem obecnie, musiałam przejść krętą drogę, pełną pułapek czy niezbyt przyjemnych obowiązków. Truizmem jest mówić, że każdy kiedyś jakoś zaczynał lub ciężka praca popłaca. To słowa wytrychy, które praktycznie nic nie znaczą nie poparte przykładami. Dlatego właśnie tak ogromnie spodobała mi się akcja #‎myfirst7jobs‬. Przyznaję bez bicia, że zupełnie nie wiem, skąd się wziął ten hasztag, ani kto go wymyślił. Jeśli wiecie, dajcie proszę znać koniecznie!‬

 

W dużym skrócie polega on na tym, aby opisać swoje zupełnie pierwsze 7 prac w życiu. Możemy namacalnie poczuć jaką drogę (czasami śmieszną, a czasami straszną) przeszły osoby, które nierzadko podziwiamy, lubimy czy też czasami im zazdrościmy w cichości serca. Tak, ja też tak mam! To ludzkie przecież. Żeby nie być gołosłowną, oto #‎myfirst7jobs‬ razem z informacją czego się tam nauczyłam, zupełnie jak u Troyanna. Mam nadzieję, że Maciek się nie obrazi, że mu podprowadziłam konwencję ;).

 


 

1. Zbiórka siana i wyrzucanie gnoju

Chyba to ta „najpierwsza” praca. Jeśli dobrze pamiętam to końcówka podstawówki, a może początek liceum… To był czas, gdy bardzo intensywnie trenowałam jazdę konną. A ponieważ nie był (i nadal nie jest) to najtańszy sport, to z dziewczynami zarabiałyśmy na lekcje pomagając w stajni. Wywoziłyśmy gnój, sprzątałyśmy, pomagałyśmy przy zbiórce siana latem. To była momentami naprawdę ciężka, fizyczna praca.

 

Czego się tam nauczyłam? Chyba po raz pierwszy poczułam wtedy, że naprawdę trzeba się napracować i to w bardzo nieprzyjemnych warunkach, żeby zdobyć coś, na czym bardzo mi zależy.


 

2. Śpiewanie pod kościołem w Gdańsku

To była prawdziwa, fantastyczna przygoda! Razem z dziewczynami z chóru (śpiewałam w dwóch zespołach praktycznie przez całe liceum – muzyka dawna, sakralna i rozrywka) pewnego lata stwierdziłyśmy, że może uda się w ten sposób zarobić na wakacje. To był strzał w 10-kę i pierwsze, prawdziwe pieniądze. Nie było wcale łatwo, chociaż wtedy postrzegałam to raczej jako zabawę. Nie wszystkim się to nasze śpiewanie podobało, zostałyśmy raz wyproszone spod kościoła (udało się wywalczyć powrót!). Finał tego naszego śpiewania był doprawdy zaskakujący. Usłyszał nas wtedy pewien Pastor z Niemiec i zaproponował nam wyjazd do siebie i wynagrodzenie za koncert. Mówię Wam, prawdziwa przygoda!

 

Czego się wtedy nauczyłam? Że na robieniu przyjemnych rzeczy też można zarabiać :). Praktykuję to do dziś ;).


 

3. Recepcjonistka w klubie fitness

To już moja pierwsza praca po wyjeździe na studia do Torunia. Pracowałam w tym nieszczęsnym klubie całe 2 tygodnie. Niestety, okazało się, że do moich obowiązków jako recepcjonistki należało głównie sprzątanie szatni i toalet. Zrezygnowałam. Nie dlatego, że sprzątanie szatni i toalet to coś strasznego, ale dlatego, że okazało się, że ‚pomyłka’ w ustaleniu warunków pracy nie dotyczyła jedynie rodzaju obowiązków, ale i wysokości wynagrodzenia…

 

Czego się tam nauczyłam? Że pieniądze nie są najważniejsze, że potrafię ograniczyć wydatki i nie być zmuszoną do pójścia na kompromisy. Finalnie, że należy podpisywać umowy. Zawsze. Nie ma wyjątków.


 

4. Pakowanie ulotek

Ulotki to taki spam w czasach przed marketingiem internetowym ;). Mam wrażenie, że w moim pokoleniu chyba każdy przechodził etap pracy powiązanej z ulotkami. Ja pakowałam ulotki do kopert… a może były to listy… W każdym razie pamiętam, że był to moment na studiach, gdy naprawdę, ale tak naprawdę potrzebowałam pieniędzy. Gdy kolega powiedział, że ma taką fuchę, decyzję podjęłam w ułamku sekundy, wyprzedzając pozostałych chętnych.

 

Czego się nauczyłam? Że potrafię być zdecydowana, szybko podejmować decyzje i to popłaca! Wiedzieć, czego się chce to ważna umiejętność, nie tylko wtedy, gdy chcemy szybko dorobić.


 

5. Stażystka

W Toruniu, gdzie studiowałam nie było wielu firm, gdzie przyszły prawnik mógłby odbyć staż. A jeśli już coś się pojawiło to naturalnie nieodpłatnie i na krótki okres. Czy mnie to zraziło? Oczywiście, że nie! Odbyłam choćby króciutkie staże np. w Cereal Partners Poland Toruń-Pacific czy Grupie Apator. Wcale nie było tak łatwo się tam dostać, ostro musiałam wywalczyć taką możliwość. Pamiętam, gdy z koleżanką miałyśmy staż w Grupie Apator właśnie. Akurat firma przeprowadzała rebranding i zostałyśmy oddelegowane do sprawdzenia książki z materiałami marketingowymi. Banał. Pewnie zupełnie niepotrzebne zajęcie, ale trzeba było czymś zająć ambitne studentki. A my w tych materiałach znalazłyśmy… błąd ortograficzny. Gdyby nie my, zapewne takie błędne oznaczenia zostałyby wydrukowane na tysiącach ulotek, banerów reklamowych, naklejkach na samochody itd. Sam ówczesny dyrektor dziękował osobiście. Zapobiegłyśmy ogromnym stratom finansowym.

 

Czego się nauczyłam? Że nawet w najgłupszym zajęciu można znaleźć sens, gdy się człowiek przyłoży do roboty. No banał, prawda? Ale jaki prawdziwy.


 

6. Paralegal w międzynarodowej kancelarii prawnej

Paralegal to najczęściej student prawa, który jest co prawda pracownikiem merytorycznym w kancelarii, ale jest poza tym takim „przynieś-podaj-pozamiataj” :). Miałam to szczęście, że mogłam praktykować przez wakacje w jednej z amerykańskich kancelarii prawnych, w ich biurze w Warszawie. To było wyzwanie z wielu względów. Przede wszystkim pierwsze zderzenie z życiem w stolicy, które płynęło zupełnie inaczej niż to, które znałam w Malborku czy w Toruniu. Po drugie to była pierwsza bardzo merytoryczna praca prawnika, a praktykowanie w tak dużej kancelarii dało mi posmak tego, jak wygląda tam pełnoetatowa praca. Poznałam tam kilka fantastycznych osób.

 

Czego się tam nauczyłam? Dowiedziałam się wtedy najważniejszej rzeczy. Odkryłam, czego nie chcę. Uświadomiłam sobie, że praca, która w wyobrażeniach była spełnieniem marzeń, w praktyce mocno mi nie odpowiada. Ten pęd po coraz więcej, ta toksyczna do granic możliwości rywalizacja już wtedy przyprawiała mnie o mdłości. Merytorycznie nauczyłam się bardzo dużo i korzystam z tej wiedzy po dziś dzień. Ale wiem też, że w takim miejscu pracować nie będę.

 


 

7. Sekretarka w fundacji

Miałam parzyć kawę i porządkować dokumenty. W praktyce prowadziłam projekty realizowane ze środków unijnych, których realizacja wtedy dopiero raczkowała w Polsce. Okazało się, że z moją prawniczą wiedzą, ale przede wszystkim z moim ogarnięciem wykonywałam trudną, merytoryczną pracę. Czasami zdarzało mi się zupełnie zapomnieć o tej kawie… Pracowałam tam długo (część czwartego i pół piatego roku studiów), a gdy odchodziłam Prezes proponował mi spore (jak na toruńskie warunki) pieniądze, abym tylko została.

 

Czego się tam nauczyłam? Że stanowiska, tytuły zupełnie nie mają znaczenia. Liczy się praca i to, czy się w niej czegoś uczysz, czy się rozwijasz. 


 

Po co o tym wszystkim piszę? Mam wrażenie, że obecnie, gdzie się nie obrócę czytam o poszukiwaniu motywacji, idealnej pracy, idealizowaniu pracy z pasją, jakby inna praca była zupełnie pozbawiona sensu i niegodnym było taką wykonywać. Moje doświadczenia mówią trochę coś innego. Żeby osiągnąć sukces (niezależnie od tego, czym miałby on być) TRZEBA SIĘ NAPRACOWAĆ. Tak po prostu. Zakasać rękawy i robić. Samym inspirowaniem się jeszcze nikt nigdzie nie doszedł. Taka praca nie jest ani medialna, ani fotogeniczna. To codzienny trud, pokonywanie przeszkód. Upadanie i podnoszenie się. Ale na sukces trzeba zapracować. Droga na skróty nie istnieje.

 

Oto moja historia, chciałoby się napisać. Czekam na Wasze! Napiszcie proszę o swoich #‎myfirst7jobs‬! Pośmiejmy się, pouczmy i powspominajmy razem :).

 

Dziękuję, że jesteś. Pozostańmy w kontakcie:

Simplicite Newsletter
zawsze unikatowe treści, bonusowe materiały, poradniki zakupowe i konkursy

Wartościowy tekst? Podziel się ze znajomymi. Dziękuję!

simplicite

  • Boszzzz, jakie to fajne! Jutro siadam i też piszę!

  • J

    Dziękuję za przypomnienie że życie nie składa się z gładkiej drogi do celu. To nieliczny głos realistyczny i prawdziwy w dyskusjach o idealnej pracy. Jeśli mam kiepską pracę to nie znaczy że jestem nikim. To znaczy tylko że taki mam etap w życiu. I pocieszajacy. Że możliwe jest wszystko.

    • Bardzo proszę! Naprawdę, cała przyjemność po mojej stronie. Jak wspominałam w komentarzach powyżej, drażni mnie to idealizowanie pracy marzeń, jakby żadna inna nie miała znaczenia. Nie dajmy się temu.

  • Bardzo potrzebny mi teraz post. Znalazłam sobie pracę na wakacje i gdy wracam po 22ej, a na 6. muszę być z powrotem z perspektywą 8 h fizycznej pracy to… każda motywacja jest przydatna! :) Bardzo podobają mi się Twoje nauczki wyciągnięte z każdego etapu.

  • Marta Zet

    Lubię Cie coraz bardziej z każdym wpisem! A teraz jeszcze bardziej, skoro wiem, ze pochodzisz z Malborka (ja z Elbląga :) i obie wylądowałyśmy w stolicy. A wracając do meritum – fajnie napisalas bo mnie denerwuje ten etos „znalezienia pracy marzeń”. Owszem, byloby super…Większość ludzi jednak pracuje bo musi i to ma wartość, nawet jeżeli swej pracy nie kochają…

    • Oczywiście, że ma wartość! Każda praca niesie ogromną wartość. Też mnie wkurza ten etos „znalezienia pracy marzeń” i często puste frazesy z cyklu „wybierz pracę, którą kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia w Twoim życiu.”

  • Ależ świetny tekst i jaka świetna akcja! Zaraz sobie przypomnę, jak to u mnie szło…;)

  • Moje pierwsze prace to telemarketing w 7 rożnych firmach. Do dzisiaj rozmowy telefoniczne mnie stresują ;-)

    • Myślałam, że powinno być wręcz odwrotnie! Po takich doświadczeniach nic nie rusza ;).

  • Manufaktura Zdjęć

    Dziękuję za ten posta – musiałam sobie „odświeżyć” własne CV

  • Ruda

    Przeczytałam kiedyś, że w każdej pracy można się rozwijać – pomyślałam wtedy o osobie, która pracuje w punkcie ksero i kseruje. Co takiego może zrobić ktoś taki dla swojego rozwoju? W końcu wymyśliłam – może spróbować sama naprawiać drobne usterki ksero, nauczyć się, jak to działa itd. Potem poszłam do sklepu spożywczego (przeniosłam się ostatnio na wieś) i chciałam kupić ser, ale przyniosłam swoje pudełko (ograniczam ilość produkowanych śmieci). I zaczęły się schody – Pani nie wiedziała, jak włączyć „tara” i była na mnie obrażona, że wymyślam. Potem było już gorzej – proszę o pomidory krojone i dostaję przecier pomidorowy, pytam o wino musujące i dowiaduję się, że nie mają takiego, a gdy wskazuję na produkt typu „Ruskojje igrisnoje” czy „Cincin” to Pani mi wyjaśnia, że to szampan. Wiem, że może praca w sklepie spożywczym to nie szczyt marzeń, ale w małej miejscowości jest to przynajmniej pewna praca.
    A moje prace:
    Inkubator Przedsiębiorczości – prawnik ogólny – nie było dużo pracy, trochę się nauczyłam, ale miałam opłacane lekcje z angielskiego – w wolnym czasie dużo się uczyłam i naprawdę nauczyłam,
    Referent, a potem Specjalista ds. czegoś tam – znudziło mi się nic-nie-robienie i doszłam do wniosku. że muszę mieć jakąś specjalizację. Praca bardzo stresująca, pod presją czasu i raczej z roszczeniowymi ludźmi. Niemniej jednak bardzo dużo się nauczyłam.
    W międzyczasie miałam kilka zleceń, gdzie zajmowałam się „tym czymś tam” – bardzo ważny etap – pozwolił mi zrozumieć ile umiem i jak chcę pracować.
    Dziecko – urlop macierzyński, który pozwolił mi przemyśleć moją sytuację w pracy i odnaleźć dystans do pracy.
    Praca na własny rachunek – zrezygnowałam z pracy na etacie, z mężem otworzyliśmy kancelarię butikową, gdzie zajmuję się tym co wcześniej, ale na własny rachunek. Ponadto nawiązałam współpracę z większą kancelarią.
    Czy to jest moja praca marzeń – trochę tak i trochę nie. Na pewno nie muszę martwić się dochodami, mam bardzo „fajnych” klientów. Z drugiej strony jest to dużo pracy, samej z siebie stresującej, czasem mam ochotę zająć się czymś innym, jakąś mniej odpowiedzialną pracą.

  • Żaneta Wojtyna

    Świetny tag! Bardzo optymistycznie na stawiający w gąszczu głosów zewsząd o tym, że bez ‚pracy marzeń’ nijak można być zadowolonym z życia. Moje #first7jobs:
    1) asystentka w kancelarii prawnej – to był początek liceum zastępowałam popołudniami dziewczynę na macierzyńskim, zupełnie nowe doświadczenie i podobnie jak Ty Kasiu przekonałam się, że to nie dla mnie
    2) zaopatrzeniowiec w restauracji – praca weekendowa, do moich obowiązków należało sprawdzanie magazynów, robienie list zamówień, składanie zamówień i odbieranie towaru. Nauczyła mnie skrupulatności, sprawnego koordynowania zadań
    3) kelnerka a później manager sali w restauracji – mój ówczesny szef wyznawał zasadę, że firmę trzeba poznać od podszewki, więc najpierw harówka a później zarządzanie. Wbrew pozorom w tym czasie nauczyłam się najwięcej: jak rozmawiać z klientami, organizować pracę swoją i innych, prowadzić zgodny i efektywny zespół
    4) animator na koloniach i festiwalach znów liceum, praca wakacyjna, wtedy wybierałam się na studia pedagogiczne, dużo radości, kreatywności i zabawy ale też nauka odpowiedzialności za kogoś, nie tylko za powierzone zadania, poza tym tym odkryłam tym sposobem jak: jechać nad morze i jeszcze na tym zarobić, mieć wejściówki na festiwale za free
    5) event manager – najlepsza praca! Jako studentka pracowałam dla uczelni organizując różne eventy w tym festiwal filmowy dla 5tys osób! To było

  • Ja w swojej pierwszej pracy opiekowałam się rocznym dzieckiem. I chociaż lubię dzieci uznałam, że jest to jedna z najbardziej odpowiedzilanych prac na świecie. Opieka nad półtorarocznym maluchem może dać w kość. Trzeba mieć oczy dookoła głowy. Stresujesz się, że odpowiadasz za cudzą latorośl. Zrozumiałam wtedy powiedzenie „Obyś cudze dzieci wychowywał. Nauczyłam się uważności i nabrałam wielkiego szacunku do pań pracujących w przedszkolu czy żłobku.

  • Wow, cieszę się, że mogłem Cię zainspirować. :)

    PS. Zjadłaś „n”, ale się nie obrażę. ;)

  • recepcjonistka

    Świetny post. Najbardziej podoba mi się „stanowiska, tytuły zupełnie nie mają znaczenia”. Obecnie jestem recepcjonistką w hotelu, co średnio mi się podoba, bo przecież „co pomyśli rodzina? Skończyłam studia a teraz witam i żegnam gości”. A prawda jest taka, że poza uśmiechaniem się do gości, jestem prawą ręką szefa i po pół roku pracy momentami kieruję całym biznesem składającym się z 70 pokoi, włączając w to rozmowy kwalifikacyjne, grafiki dla personelu, planowanie codziennej pracy, kontakt z dostawcami, zamówienia, kontrolowanie cen, trzymanie pieczy nad ekonomią tj. faktury, odzyskiwanie niesłusznych prowizji, etc… Twój post chyba sprawił, że poczułam się trochę dumna z tego co robię… Dziękuję! :)

    • I powinnaś być dumna! Nie wiem zupełnie skąd się wzięła niska ocena stanowisk takich jak recepcjonistka czy sekretarka. Recepcjonistka u mnie w biurze to moja prawa ręka. Niewiele bym bez Niej zdziałała :).

  • Genialny cykl i fajny pomysł na posta. Chyba mnie zainspirowałaś. Moja droga zawodowa do dnia dzisiejzego była bardzo urozmaicona :P Fajnie będzie to podsumować

  • zocha

    Właśnie wyliczyłam, że moja obecna praca ma nr… 15! A wcześniej było tak:
    1. Pomoc kuchenna/kelnerka/pomywaczka na weselach – to czasy liceum, choć od czasu do czasu w sumie ido końca studiów tak dorabiałam. Nauka: 1) nie znoszę wesel 2) to ciężka fizyczna praca 3) ludzie nie szanują takich osób, uważają ich za głupich
    2. Sprzątanie po nawałnicy przy dużym centrum handlowym – to też liceum, zarobiłam całe 15 zł. Nauka: uważnie czytać umowę!
    3. Łuskanie bobu – koniec liceum, wakacje przed studiami. Miło to wspominam. Nauka: jak wygląda „slow life”
    4. Gazeta i radio studenckie – traktuję to jako pracę, bo choć właściwie był to wolontariat, to co miesiąc były przyznawane nagrody pieniężne za najlepsze materiały. Trochę zarobiłam na tym :) Nauka: moja pewność siebie znacząco urosła!
    5. Opiekunka do dziecka – to były wakacje po II roku studiów. Wiktor, lat 4 i jego tetrowa pieluszka (tak, nią też się opiekowałam, nie mogła zaginąć w akcji!). Nauka: 1. trzeba mieć niezłą kondycję oraz oczy wokół głowy przy dziecku 2. moja odpowiedzialność znacząco wzrosła 3. Nigdy nie jest się za starym, żeby zjechać ze ślizgawki lub wspinać się po drabinkach ;)
    5. Korepetycje z j.niemieckiego oraz łaciny – to też na studiach. Nauka: w razie potrzeby i nagłej sytuacji – poradzę sobie :)
    6. Instytucja państwowa – to moja pierwsza poważna praca, tuż po studiach. Najpierw dostałam się na staż, później dostałam pracę na 3/4 etatu. To było fajne miejsce, poznałam wspaniałych ludzi. Ale odeszłam – trochę za późno. Pracowałam tam prawie trzy lata. Za 1200 zł. Nauka: trzeba się cenić i walczyć o siebie, w przeciwnym razie pracodawca zapłaci najmniej jak to możliwe, a najchętniej kazałby dopłacać.
    7. Miejski portal internetowy – reporterka i fotoreporterka. Podeszłam do tego z pasją, mojej teksty generowały najwięcej wejść na stronę. Byłam na każde zawołanie i wiecznie pod telefonem. Ale pracodawca nie chciał płacić, tłumaczył: za miesiąc, za miesiąc, za miesiąc. Odeszłam po 4 miesiącach. Nauka: jw + cenić swój prywatny czas – tego nikt mi nie odda.

  • Riverina

    Leciwa jestem , to i prac dużo miałam.Zwykle zmieniamy pracę, zeby swój los polepszyć i najczęściej w ten sposób mamy szansę na sukces, cokolwiek kto pod tym słowem rozumie.
    1/ W szkole średniej w wakacje sprzątałam w firmie moich rodziców, zarabiając na jeansy w Pewexie – kosztowały wówczas pensję ( w dolarach oczywiscie) . Zazdrośc koleżanek- bezcenna. To moje podwaliny sukcesu. I przekonanie, ze można mieć wszystko, co się chce, tylko trzeba na to zapracować, nawet jak się ma zamożnych rodziców.
    2/ Praktyka studencka – zbieranie ziemniaków- wytrwałam 1 dzień, ryzykując skreślenie z listy studentów. Nauka: trzymać się jak najdalej od pracy na roli, a najlepiej od pracy fizycznej w ogóle. Słowa dotrzymałam.
    3/ Praca w szkole – bardzo lubiłam, zakończyłam ją z przekonaniem, że uczniowie nie muszą mnie lubić, ale muszą szanować, no i zdać maturę. Cel jest ważniejszy niż relacje. W sensie zawodowym oczywiście. No i ważne przekonanie, ze jednak wolę mieć wpływ na swoje zarobki, co spowodowało zmianę branży.
    4/ Branża finansowa- sprzedaż- gdyby to mi wystarczyło, opływałabym dziś w dostatki i nie wiedziała, co z pieniędzmi zrobić. Odkryłam swój talent do sprzedaży i szybkiego zarabiania dużych pieniędzy. Jednak brakowało mi tzw „rozwoju”.
    5/ Zarządzanie- wszystkie szczeble- rekrutacja, szkolenia, coaching, budowanie zespołów, oddziałów- można powiedziec, że odniosłam tu sukces i finansowy, i rozwojowy, zwiedziłam kawał świata, wykształcilam i dobrze wyposażyłam dzieci. Czego nauczył mnie ten czas- razem 18 lat? Że poświęcanie życia innym ludziom jest dyskusyjnym wyborem. Nigdy nie wolno ufać do konca, nawet wspólnikowi ani najbliższemu wspólpracownikowi,ale nie wolno zgubić wiary w ludzi. Nie dziwi mnie już żadne ludzkie zachowanie, choć wiele z nich nadal mnie irytuje. Miło mieć władzę i pieniądze.
    Na dziś stwierdzam, ze najważniejsze jest zdrowie, dobre samopoczucie i poczucie spełnienia.Po osiągnieciu kolejnych celów przestaje na nich zależeć, stają się oczywiste. Ale gdyby ich nie było, pewnie by czegoś brakowało.
    6/ Inwestor – tu same nieudane posunięcia i strata dużych pieniędzy, a nawet kredyt, który będe splacać do 70- tki. Ciekawe z czego…Nauka: trzeba być profesjonalistą we wszystkim co się robi. Amatorstwo zbyt drogo kosztuje.
    Jestem blisko emerytury i zyczę Wam powodzenia na drodze, którą ja już mam prawie za sobą :)

    • „Nigdy nie wolno ufać do konca, nawet wspólnikowi ani najbliższemu wspólpracownikowi,ale nie wolno zgubić wiary w ludzi”. Trudno czasami znaleźć balans, prawda?

  • Świetny, inspirujący post i ciekawe komentarze czytelników. Aż nabrałam ochoty żeby też opisać moje pierwsze prace, zwłaszcza że musiałam się trochę nagłowić, żeby sobie przypomnieć, ze moją pierwszą pracą, w wieku ok 10 lat był handel słonecznikami :-) pozdrawiam!

    • Czytałam podsumowania wielu osób i niesamowite jak wiele z nich zaczynało od handlu kwiatami! :))

  • okiemwariata.com

    Moje początki to m. in. praca w Chłodni Białystok przy różyczkowaniu brokułów i kalafiorów. Kiedy wracałyśmy z przyjaciółką do domu, drzewa, które mijałyśmy przypominały nam wielkie brokuły… Zobaczyłam wtedy czym jest ciężka praca i poznałam wartość pieniądza. Takie doświadczenie zmienia perspektywę – zanim kupisz kolejny t-shirt, przeliczysz tę kwotę na godziny pracy lub – w moim przypadku – na kilogramy brokułów i kalafiorów, które musisz przygotować. W 90% przypadków zakup okazuje się zupełnie zbędny… Świetny post, niesamowicie motywujący. Pozdrawiam ciepło :)

  • pstra- matrona

    Ja mam w sumie całkiem odwrotne doświadczenia. Całe licealno studenckie życie podejmowałam się różnych dosyć nudnych, ciężkich i kiepsko płatnych prac. Zbierałam maliny, pracowałam w sklepie, byłam recepcjonistką itp. Nie jest tak, że te prace nic mi w życiu nie dały, ale nie przeceniałabym jakoś mądrości życiowych z nich płynących. Miałam wtedy jednak przeświadczenie, że żeby zarobić trzeba się ciężko napracować, a pieniądze nie przychodzą łatwo i z przyjemnością. W końcu na drugim roku moich drugich studiów (kompletnie szalonych i bardzo w powszechnym mniemaniu nierozsadnych ale wymarzonych ) postanowiłam spróbować podjąć pracę w zawodzie. Po prostu poszłam i prosto z mostu zapytałam czy nie mogę podjąć pracy w miejscu w, którym chcę, był to tak szalony pomysl jak na studentke drugiego roku, ze do tej pory nie wiem co mi odbilo. Okazało się, że mogę z miejsca. Za miesiąc mojej wymarzonej pracy zarobiłam tyle ile za rok w recepcji, kazda jej minuta była ogromną przyjemnością, nie było w tym absolutnie nic nudnego czy przykrego i nie wyobrażam sobie niczego przyjemniejszego co mogłabym robić w tym czasie. Jednocześnie moje wcześniejsze doświadczenia zawodowe nijak się w tej pracy nie przydały i raczej już się nie przydadzą i gdyby nie przykre względy finansowe równie dobrze mogłabym tak zacząć swoje życie zawodowe. Dlatego będę trochę bronić tych bajkowych scenariuszy z wymarzoną, pełną pasji i super płatną pracą jeśli tylko naprawdę kochamy to co robimy i stawiamy wszystko na jedną kartę. Z drugiej strony nie mam raczej życia prywatnego i poświęcam mojej pracy każdą chwilę życia od wielu lat, ale traktuje to jako przywilej nie poświęcenie.

    • Co osoba to doświadczenie i wszystkie one są cenne. Bardziej chodziło mi o to, że choć wykonywanie wymarzonej pracy jest super fajne, to jednak osobiście nie podporządkowałabym jej całego życia, a wykonywanie takiej „zwykłej” pracy też jest ok :).

      • Riverina

        Wydaje mi się, że nie ma konfliktu między praca wymarzoną a innymi aktywnościami życiowymi. Nawet dla zdrowia psychicznego ważny jest ten life-work balans, co podkreslają dosłownie wszyscy. Był taki moment w moim życiu, ze położyłam wszystko na szalę „praca”, zachłyśnięta możliwościami i wynikami. Żadna cena nie wydawała mi się zbyt wielka. Otrzeźwił mnie dopiero ciężki wypadek i wiadome przemyślenia na ten temat oraz wyczytane gdzieś zdanie, ze dopiero na łożu śmierci będziemy mogli ocenić, czy nasze życie miało sens. I ważniejsza od wszystkich nadgodzin i przykurzonych nagród będzie obecność przy nas kogoś bliskiego. Błyskawicznie przewartościowałam swoje życie i mimo to przez wiele kolejnych lat odnosiłam w swojej branży sukcesy. Chyba nawet większe niż wczesniej. A dziś niezależnie od wszystkiego także muszę się juz godzić z tym, ze coraz więcej ambitnych młodszych osób jest lepszych ode mnie, maą jedynie nieco mniej doświadczenia. Ale z każdym rokiem ta przewaga się zmniejsza. Gdybym w tym momencie nie miała nic innego poza praca naprawdę mogłabym się podłamać.

      • pstra- matrona

        W podporządkowaniu swojego życia pracy zupełnie nie chodzi mi o osiąganie wyników, wielkich sukcesów czy byciu w czymkolwiek najlepszą a raczej o robienie jak najlepiej tych codziennych rzeczy. Bliżej mi w moim podejściu do księdza niż rekina biznesu. Jestem osobą, która zupełnie nie wyobraża sobie bycia w związku nie mówiąc o zakładaniu rodziny, a w stosunkach z dwójką najbliższych przyjaciół wystarczy mi kilka godzin w miesiącu do pełni szczęścia, po prostu jestem bardzo samotniczym typem i nie uważam się przez to za gorszego człowieka. Jedyne gdzie staram się znaleźć balans to pomiędzy pracą a zdrowiem.
        Oczywiście wykonywanie zwykłej pracy też jest bardzo ok, po prostu wszystko zależy od tego jaki mamy system wartości, ale chciałam napisać że ludzie dla których praca jest na pierwszym miejscu niekoniecznie są bezdusznymi potworami.
        Usłyszałam ostatnio u znajomych takie zdanie: sprawdź totka bo nie wiem czy jutro iść do pracy. Wydało mi się to okropnie smutne, bo niezależnie czy praca jest wymarzona czy zwykła to naprawdę przykre spędzać codziennie 8 godzin w miejscu do, którego nawet by się nie wróciło gdyby wygrało się pieniądze. Chyba jednak poczucie, że robi się coś ważnego i dobrego i jest się potrzebnym w tym miejscu gdzie spędza się taki kawał życia wydaje mi się istotne w poczuciu szczescia.

  • No pięknie! ;) Sporo tego! I Ile pozytywnych wniosków! ;) Ja naliczyłam u siebie 5 pracę, ale kończę studia i myślę o swojej własnej firmie ;) Zobaczymy :)

  • Baaardzo podobają mi się wpisy o tej tematyce! Świetnie jest poczytać o Tobie samej i poznać Twoją drogę :)

  • Bardzo ciekawa historia! Ja niestety przebimbałam moje lata licealne i studenckie i potem bardzo żałowałam, że zaczynam bez doświadczenia. Dlatego teraz staram się łapać jak najwięcej srok za ogon i zdobywać jak najwięcej doświadczeń :) Oczywiście w ramach zdrowego rozsądku, tak żeby nie ugryźć więcej niż jestem w stanie przełknąć.

  • Henryk Kwinto

    1) Pierwsza praca – początek lat 80 – zbieranie jagód, grzybów, ogółem runa leśnego na sprzedaż – żeby kupić zeszyty do szkoły. Tamte lata nauczyły mnie oszczędności
    2) Szkoła średnia – wyjazdy do RFN – żeby przywieźć towary z zachodu i sprzedać w Polsce po wyższej cenie – trzeba było wyjeżdżać w weekendy – żeby nie kolidowało ze szkołą i nauką. Przypomina mi się jak celnik kiedyś pyta się: Co jest w tym plecaku? A ja z kolegą: Piwo (a było 110 butelek). A on: Oj piwosze, piwosze…
    3) Po studiach przez jeden miesiąc jako kierowca zawodowy w firmie (Prawko zdałem 6 lat wcześniej i nie jeździłem od tego czasu samochodem) – szkoła życia
    4) Później praca w służbach mundurowych – lekko nie było – dużo stresu, częste wyjazdy, mało czasu z rodziną
    5) Praca w administracji jako nauczyciel – bezstresowa w porównaniu ze służbami mundurowymi – więcej czasu dla rodziny – mniej pieniędzy ale jest czas na codzienną zabawę z dzieckiem, czytanie i opowiadanie bajek.

  • Magdalena Wojtyńska

    Świetny tekst!
    A u mnie było tak. Mieszkam w stolicy, chęć posiadania pieniędzy własnych, a nie tylko od rodziców – a w zasadzie od mamy – sprawiła, że zaczęłam. W dzieciństwie pierwsze drobniaki, które szły na gumy z Pewexu pochodziły ze sprzedaży butelek do skupu. Moja pierwsza praca w szkole średniej McD. 4 dni w tygodniu (dwa po szkole, i dwa w weekend). Pierwsza kasa, poszła na wakacje. W sumie pracowałam 4-5 miesięcy. Następnie zaraz po maturze jako asystentka w dziale HR firmy IT. Dużo się tam nauczyłam od podstaw, bo z wykształceniem nie miało to nic wspólnego. Kolejna praca recepcja w korpo. Miało być z szybkim awansem, ale nie wyszło. Ponieważ wisiało na nami (pracowałam z jeszcze jedną dziewczyną) widmo zwolnienia jednej – odeszłam. Akurat mama otwierała (kolejną) firmę i zapytała czy chcę z nią prowadzić. Od tamtego czasu minęło już ponad 15 lat.