Data: 07/10/2019

Minimalizm jako narzędzie walki ze stresem

Byłam niedawno na konferencji, na której omawiano pożądane umiejętności na rynku pracy przyszłości. Rynku, który możliwe, że zdominowany będzie przez sztuczną inteligencję, zabierającą człowiekowi dotychczas znane miejsca pracy. Wymagania wobec pracownika przyszłości zmieniają się dynamicznie, a najważniejszym z nich nie będzie, jak by się mogło wydawać, wymóg umiejętności programowania itp., a… elastyczność psychologiczna.

 

Elastyczność psychologiczna to temat, który mnie osobiście fascynuje, na równi z uważnością, ponieważ mają ze sobą niezwykle wiele wspólnego. Ważnym elementem budowania psychologicznej elastyczności jest m.in. osobista wolność i prawdziwa odporność na stres.  Stresorów we współczesnym życiu mamy co niemiara. Stres odpowiedzialny jest za choroby cywilizacyjne. Stres jest bardzo demokratyczny – dotyka dorosłych i dzieci, kobiety i mężczyzn, nie zwraca uwagi na stan posiadania. Mnogość bodźców stresogennym przerasta nasze możliwości szybkiej adaptacji. Nic już nie jest pewne. Mało prawdopodobne, że będziemy mieć stałą pracę – praca w tym samym miejscu przez całe życie jest utopią. Ba, praca w jednym zawodzie jest coraz rzadziej spotykana. Związki i relacje bywają coraz bardziej kruche. Ludzie schodzą się i rozchodzą z różnych przyczyn, a małżeństwa rzadko bywają zawierane na całe życie. Nie oceniam, tak się po prostu dzieje, a my współcześnie musimy się w tych zmieniających uwarunkowaniach odnaleźć. To nie jest łatwe. To sprawia, że mocno przywiązujemy się i usilnie szukamy filarów bezpieczeństwa w życiu. 

 

Takim filarem często bywają rzeczy.

 

Nie mam wpływu (lub mam mniejszy, niż bym chciała) na to, gdzie będę pracować, czy i z kim będę, ale mam wpływ na to, co posiadam. Mieszkanie, samochód, meble, ubrania, książki. Poza funkcją użytecznościową czy też funkcją budowania statusu społecznego, rzeczy dają nam też poczucie bezpieczeństwa. One nie znikają same. Oczywiście, mogą się zniszczyć, możemy je stracić, ale same nie zdecydują, że potrzebują zmiany i nie wyprowadzą się z domu. ;) Nie bez powodu ludzie, którzy tracą w wypadkach cały swój dobytek czują, jakby zabrano im część tożsamości, część ich samych. Bardzo często przeszkodą dla mobilności (np. w kontekście zmiany miejsca pracy) jest właśnie konieczność pozostawienia swoich rzeczy.

 

Usłyszałam ostatnio, że stres jest formą interpretacji rzeczywistości. Nasz organizm biologicznie ma wbudowaną reakcję uciekaj lub walcz i to jest coś, z czym trudno dyskutować. Niemniej jednak jest sporo „narzędzi”, które mogą nam pomóc w okiełznaniu biologicznego stresu. Byłam niedawno na świetnym wykładzie prof. Kelly’ego Wilsona – jednego z twórców podejścia psychoterapeutycznego ACT (terapia akceptacji i zaangażowania) i pewnie nie jeden raz będę się do niego odnosić na blogu. Prof. Wilson spędził ogrom czasu badając od naukowej (nie tylko psychologicznej) strony różnorakie stresory, które dotykają współczesnego człowieka i opracował nowe koło bazowych potrzeb, których zaspokojenie redukuje stres (kolejność przypadkowa):

  • szansa na prawdziwy, zdrowy sen (real sleep opportunity)
  • prawdziwe jedzenie (eat real food)
  • pielęgnowanie więzi społecznych (cultivate social network)
  • praktyka uważności (mindful practice)
  • redukcja toksyn (używki i zbędne leki) (reduce toxins)
  • ćwiczenie samowspółczucia (practice self compassion)
  • wykonywanie znaczących, ważnych rzeczy (practice meaningful acts)

 

Z dużą chęcią dodałabym na końcu „reduce stuff” czyli ogranicz liczbę posiadanych rzeczy. Skoro rzeczy pełnią rolę stabilizatorów wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa to ich „puszczenie” może dobrze wpłynąć na budowanie poczucia bezpieczeństwa w oderwaniu od zewnętrznych czynników. Naturalnie, jestem daleka o namawiania kogokolwiek do nagłego porzucenia swojego dobytku, aby wypróbować ewentualną korzyść w postaci wewnętrznej wolności, ale historia i literatura faktycznie zna i opisuje wiele takich przypadków. Może w takim razie praktyka minimalizmu ćwiczy naszą odporność na stres? Czy pozbywanie się rzeczy, eksperymentowanie w tym względzie może nam pomóc w budowaniu wewnętrznej elastyczności psychologicznej? Skłaniam się mocno ku tej myśli, choć oczywiście brak mi zaplecza naukowego, aby forsować taką teorię jako tezę. Kto jednak zabroni mi zainicjować dyskusję na ten temat? :)

 

Odkrywam ostatnio na nowo książkę Mieć czy być? Ericha Fromma. Proponuje on (w 1976r.!) zbudowanie nowego społeczeństwa, którego funkcja „polega na promowaniu i kreowaniu nowego człowieka, istoty, której struktura charakteru wykazywać będzie następujące właściwości:

  • Wolę porzucenia wszystkich form posiadania, aby w pełni być.
  • Bezpieczeństwo, poczucie tożsamości oraz zaufanie oparte na wierze, w to, czym się JEST, na potrzebie wchodzenia w związki, zainteresowaniu, miłości, solidarności z otaczającym światem – zstąpią pragnienie posiadania, zawłaszczania, kontroli świata, które w rezultacie prowadzą do stania się niewolnikiem własności.
  • Akceptacja faktu, że nikt i nic z zewnątrz nie nadaje sensu życia, a ta radykalna niezależność i nicość [w oryg.: no-thigsness] są warunkami pełniejszej aktywności nastawionej na troskę i dzielenie się.
  • Pełnia obecności w danej sytuacji.”

 

Jak myślicie, czy w świetle moich przemyśleń minimalizm może być nieoczywistym narzędziem walki ze stresem? Czy rzeczy są/bywają dla Was jednym z filarów poczucia bezpieczeństwa w życiu?

53 komentarze
0 0 vote
Article Rating
Powiadomienia
Powiadom o
guest
53 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Askadasuna
1 rok temu

Coś w tym jest, bo zawsze kiedy zjada mnie długotrwały stres zaczynam odczuwać przytloczenie przedmiotami, bałaganem w otoczeniu i nadmiarem. Zazwyczaj zaczynam wtedy intensywne porządki i dopiero jak uporzadkuje to zaczynam odczuwać spokój.

Luiza
Luiza
1 rok temu
Reply to  Askadasuna

Ja również tak mam.

Marzena
Marzena
1 rok temu
Reply to  Askadasuna

Mam to samo! I nic nie działa tak odstresowująco jak wyrzucenie kilku zbędnych rzeczy.
Może to tłumaczy studentów podczas sesji, którzy zamiast się uczyć porządkują? :)

Ewa
Ewa
1 rok temu
Reply to  Askadasuna

Ja też odczuwam potrzebę uporządkowania przestrzeni wokół mnie, kiedy jestem zestresowana, ale z drugiej strony mam też wtedy silną potrzebę kupowania nowych, jako formy zrobienia sobie przyjemności.

Oktawia
Oktawia
1 rok temu
Reply to  Askadasuna

Myślałam, że tylko ja mam takie odczucie! Dziewczyny trochę mnie uspokoiłyście, bo już się bałam, że to jest jakieś niezdrowe ;)

Kinga
Kinga
1 rok temu

Myślę, że porządkowanie przedmiotów daje (pozorne) poczucie bezpieczeństwa i panowania nad sytuacją.

Szyciownik
1 rok temu

Cześć,
Sądzę, że jest pewien odpowiedni poziom posiadania. Miejsce do mieszkania, spania, załatwiania potrzeb fizjologicznych. To są rzeczy niezbędne i bez nich życie byłoby bardzo ciężkie.
Ale nadmiar rzeczy jest zdecydowanie przeszkodą. Mam masę rzeczy, które regularnie sprzątam dookoła siebie, żeby mieć tego mniej. I jest mi tak o wiele lepiej, gdy mam porządek.
Pozdrawiam
Kasia

Szyciownik
1 rok temu

Już raz się przeprowadzałam i dosłownie wszystkie moje rzeczy zmieściły się do Matiza, a od tego czasu sporo z tych rzeczy się pozbyłam (na przykład notatki ze studiów poszły na makulaturę, a było ich dwa ogromne pudła) :)
Także nie ma u mnie źle z ilością rzeczy i systematycznie kontroluję ich ilość :)
Pozdrawiam
Kasia

Monika
Monika
1 rok temu

Stres często powstaje z nadmiaru bodźców. Stąd minimalizm jest idealnym narzędziem do walki. W moim przypadku minimalizm pozwala się skupić na tym co ważne, odnaleźć spokój myśli w ciszy, powstrzymać się od chęci posiadania kolejnej rzeczy…

Rach
Rach
1 rok temu

Zawsze gdy mam gorszy okres w zyciu, czuje tez potrzebe kupowania i otaczania sie przedmiotami. Bardzo dobry tekst :)

LOL
LOL
1 rok temu

To żałosne, jak probujesz rozmawiać jak psychoanalityk. Nie baw sie w domoroslą psychologię pls.

SIMPLICITE Katarzyna Kędzierska
Reply to  LOL

Biorąc pod uwagę, że domorosły oznacza kogoś, kto samodzielnie opanował jakąś umiejętność bez formalnego wykształcenia to mnie odpowiada i zamierzam się długo bawić. :)

Luiza
Luiza
1 rok temu

Minimalizm uwalnia od posiadania, a zatem od skupiania się na tym, co materialne. Otwiera się wówczas przestrzeń dla ducha, poczucie wolności, niezależności, panowania nad sobą, swoimi zachciankami, odporność na pokusy posiadania. Pozbywanie się rzeczy oczyszcza naszą zewnętrzną przestrzeń, ale sprawia też, jakby odpadał kolejny kamień, ciężar. Dzielenie się z innymi swoimi rzeczami daje radość obdarowania oraz bycia obdarowanym. Dla mnie dana rzecz nie jest już ważna, atrakcyjna, dla kogoś jak najbardziej. To wszystko odstresowuje. Polecam :)

Aga
Aga
1 rok temu
Reply to  Luiza

Wyjęłaś mi to z ust!

Paulina
Paulina
1 rok temu

Dzięki lekturze Twojego bloga rozpoczęłam swoją przygodę z minimalizmem. moja droga ciągle trwa i jeszcze nie osiągnęłam takiego ograniczenia stanu posiadania, jaki mam w planach, ale juz czuję znaczną redukcję stresu. Więc tak, moim zdaniem to działa! Dzięki za to, co robisz ☺

Małgosik
Małgosik
1 rok temu

Jeżeli posiadamy przedmioty do których jesteśmy bardzo przywiązani i sama myśl o utracie lub ich zniszczeniu powoduje u nas strach, to jaki ogromny stres sami sobie fundujemy…. :( Na te wszystkie przedmioty trzeba też zarobić odpowiednią ilość pieniędzy często w stresującej pracy. Dzięki temu, że zadowalamy się mniejszą ilością przedmiotów mój mąż nie bierze w pracy nadgodzin, tylko spędza ten czas ze mną.

wendigo
1 rok temu
Reply to  Małgosik

Trzeba też poświęcić czas na porządkowanie, czyszczenie, przekładanie itp. tych przedmiotów – to też obciążenie…

Anna
Anna
1 rok temu
Reply to  Małgosik

Dokładnie o tym samym pomyślałam – że posiadanie dużej ilości rzeczy, a jeszcze do tego drogich rzeczy stresuje samą myślą o ich uszkodzeniu, zniszczeniu… zapomina się też o użytkowym charakterze rzeczy, tym że mają przede wszystkim służyć, a nie być celem samym w sobie…

Joanna
Joanna
1 rok temu

U mnie stres powoduje chęć zakupów i jedzenia, albo tego i tego…. Raczej odległe to od minimalizmu :(

Monika
Monika
1 rok temu

Od pół roku żyję bez lodówki w klimacie włoskim, kiedy opowiadam komuś w pracy patrzy z miną pogardy, niezrozumienia itd..
Od miesiąca zaadoptowałem dom drewniany w górach ( spędzam tam weekendy ) przy świecach i tak jak kiedyś się żyło czyli od zachodu do wschodu – już nie opowiadam o tym bo pomyśleliby że zwariowałam na dobre.
Mój 14 letni syn jest zachwycony domkiem w górach ( choć urodził się w erze smartphonów i na codzień nie mieszka z mamą).
A ja jakoś bardziej doceniam smak warzywa czy owocu nie przechowywanego w lodówce – to tylko tymczasowy eksperyment ..
I ciszę, zachody i wschody słońca w górach.

Askadasuna
1 rok temu
Reply to  Monika

Takie życie jakie opisujesz jest marzeniem mojego partnera ;)

LOL
LOL
1 rok temu
Reply to  Monika

To jeszcze spędź ten czas na nauce języka polskiego, może słownik poczytaj..? A adoptować to można człowieka albo psa, dom czy strych się adaptuje.

Monika
Monika
1 rok temu
Reply to  LOL

Wyemigrowałam z kraju piętnaście lat temu, przebywam raczej w środowisku włoskim, j.polski używam rzadko i takie są tego skutki.

LOL
LOL
1 rok temu

Po 1 naduzywasz słowa „absolutnie”, a po 2 jesteś ostatnią osobą która będzie mówić ludziom, jak mają odpowiadać na komentarze skierowane do nich – podkreślam: do nich, nie do ciebie. Twój komentarz jest przykładem braku kultury osobistej, choć tak bardzo starasz się uchodzić za osobę ę i ą kulturalną.

SIMPLICITE Katarzyna Kędzierska
Reply to  LOL

LOL, jesteś w moim internetowym domu, gdzie mam prawo zwrócić uwagę moim gościom na sposób, w jaki odnoszą się do mnie, ale i innych gości. A jeśli nadal nie potrafią się zachować kulturalnie, wtedy ich z tego domu wyproszę.

Karina
Karina
1 rok temu

U mnie przelomowym momentem była przeprowadzka na drugi koniec Polski. Nie opłacało mi się przewozić całego dobytku, więc większości rzeczy się po prostu pozbyłam. I to mi uświadomiło, że byłam niewolnikiem posiadanych przeze mnie przedmiotów. Nigdy nie czułam takiego poczucia wolności jak wtedy gdy wypakowywałam cały mój dobytek z trzech walizek, które zabrałam ze sobą. Świadomość, że możesz w każdej chwili wsiąść w pociąg i przenieść się gdzie tylko masz ochotę bo nie ogranicza cię żaden balast, jest cudowna.

Nowa
Nowa
1 rok temu

Ciekawy tekst. Ja niestety pod wpływem stresu kupuję, czy to ubrania ( ale to głównie z uwagi na częste zmiany wagi i stres spowodowany tym, że znowu cos jest ciasne a niestety w pracy muszę nienagnanie wyglądać) czy jedzenie czy usługi ( np. dzisiaj zakupiłam 3 masaze na najbliższe tygodnie). Ale uważam, że stawiane tezy są prawdziwe. kilka lat temu podczas remontu musiałam się wyprowadzic i mieszkałam sama przez kilka miesiecy w prywatnym akademiku ( to było przeżycie po kilkunastu latach po studiach – na szczęscie w okresie wakacyjnym). Ponieważ pokół z kuchnią i łazienką był minimalny ( ok. 9mkw łacznie) siłą rzeczy miałam bardzo mało ubrań, i wszystkiego, np. garnków i sztućcu. Przez cały ten czas chodziłam do pracy i czułam się świetnie. Nie czułam presji wiecznego sprzątania, ponieważ wystarczyło 15 min na ogarnięcie wszystkiego, duzo się ruszałam, jezdziłam rowerem, spcerowałam, miałam mase czasu na przyjeności. Wydawałam jakos tak mało pieniedzy chociaż jadłam praktycznie tylko na mieście. Teraz będąc w domu czuje ciężar masy rzeczy które posadami/przekłam/porządkuje. Mam wrażenie, że przez te kilka miesiecy byłam dużo bardziej „wolna” i szczęśliwa niz obecnie.

Eliza
Eliza
1 rok temu

Ja muszę powiedzieć, że przejście na minimalizm ograniczył liczbę stresogennych sytuacji typu: Co ja mam na siebie włożyć (capsule wardrobe), Ona ma nowe (wstaw cokolwiek), a ja nie itp. Minimalizm skłonił mnie także do zapoznania się z teorią życia powoli. Po wielu przemyśleniach, doświadczeniach i ostrożnym planowaniu, wiem, że na wszystko mam czas, a jak z czymś nie zdążę to nie umrę przez to.
Bardziej zorganizowałam swoją przestrzeń, wszelkie dystraktory zniknęły przez co pracuję szybciej i efektywniej.
Można więc powiedzieć, że dzięki mininalizmowi jestem spokojniejsza. Moim jedynym stresem jest moja magisterka ;)

Lidka
Lidka
1 rok temu

Czy minimalizm może być narzędziem do walki ze stresem? – tak i nie. Nie, kiedy dopiero musisz go wdrożyć. Tak, kiedy już masz go już opanowanego (tylko wtedy to chyba nie jest już narzędziem, a raczej materiałem budulcowym).

Napisałaś: „Skoro rzeczy pełnią rolę stabilizatorów wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa to ich “puszczenie” może dobrze wpłynąć na budowanie poczucia bezpieczeństwa w oderwaniu od zewnętrznych czynników.” Myślę, że proces puszczania jest dramatycznie stresogenny na początku. Od maleńkości nasiąkamy potrzebą posiadania rzeczy (niech za przykład posłuży radość z otrzymywania prezentów). Wyjście z tej jakże pierwotnej i rozległej strefy komfortu jest procesem długotrwałym i bardzo trudnym, prowadzącym przez liczne wzloty i upadki. Jedynie osoby niezwykle zdyscyplinowane będą potrafiły wprowadzić tę zmianę szybko i konsekwentnie. Dla przeciętnego konsumenta dóbr kapitalizmu to jest wieczna walka z zakusami marketingowców, własnymi przyzwyczajeniami i rządnym dopaminy mózgiem.

Reasumując: minimalizm jako część walki ze stresem jest ideą piękną i słuszną, ale równie trudną do wdrożenia jak pogodzenie autentycznej skromności z pewnością siebie. Uda się to raczej jednostkom niż ogółowi.

Pstra Matrona
Pstra Matrona
1 rok temu

Mi poczucie bezpieczeństwa dają sytuacje rezygnacji z tych wielkich materialnych rzeczy, nie małych. Czyli nie ilość posiadanych książek, ubrań, kubków czy kwiatków, ale to czy mam pieniądze, mam gdzie mieszkać, gdzie się umyć itd. Te małe rzeczy to tylko kwestia dekoracji, wyboru estetyki i jeśli nie muszę nie będę z nich rezygnować. Niecieprię minimalistycznej estetyki i jeśli mam możliwość gdzieś żyć na dłużej robię wszystko by ta przestrzeń zapełniła się bogactwem rzeczy, bo to piękne i daje mi w życiu mnóstwo radości i koloru. Nie mam jednak żadnego problemu żeby je wszystkie porzucić. Największe poczucie swojego wewnętrznego bezpieczeństwa zbudowałam w sytuacjach, w których nie miałam gdzie mieszkać,albo nie miałam miesiącami żadnych pieniędzy ani szansy, by to się zmieniło, żyjąc w komunie bez własności prywatnej itd. Zrozumiałam wtedy, że moje poczucie bezpieczeństwa jest wewnątrz i nie zależy od tak zwanej stabilności życiowej, że nie żyje na pustyni tylko wśród ludzi i nic się nie stanie jeśli będę musiała jakiś czas liczyć na ich pomoc. No i świat się nie zawali jeśli miesiąc czy dwa nic nie kupisz. Świadomość, że mogę przeżyć w ten sposób pozwala mi nie stresować się tym, że będę musiała kiedyś np pójść do pracy, której nie lubie i się tam męczyć, albo utknę w jakiejś toksycznej życiowo sytuacji przez lęk przed brakiem pieniędzy, albo robić coś sprzecznego z moimi wartościami. Sprawdzenie, że radze sobie nie mając nic znacznie obniżyło mój poziom stresu. Ale to chyba mało uniwersalne co napisałam, bo to co mnie przeraża w życiu najbardziej (stała praca, miejsce do życia, związek) jest tym co większości ludzi daje poczucie bezpieczeństwa.

Bambi
Bambi
1 rok temu

Mnie najbardziej stresuje zapełniona lodówka (że przegapię datę ważności albo coś się zepsuje i będzie trzeba wyrzucić).. paradoksalnie uspokajają mnie prawie puste półki…
Drugim stresorem są niechciane prezenty… mam w rodzinie osobę, która lubi polować na okazje i potem obdarowuje innych swoimi zdobyczami… I mimo że odmawiam wzięcia tego czy owego zwykle dla świętej zgody biorę co któryś z prezentów….

sya
sya
1 rok temu

U mnie ograniczenie ilości rzeczy działa w 100%, chociaż nigdy nie myślałam o tym w sposób, w jaki Ty o tym piszesz. Grzebanie w wypchanej torebce, przepełnione szuflady, niedomknięte szafki – wszystko to działa na mnie tak frustrująco, że regularnie odgruzowuję mieszkanie i pozbywam się wszystkiego, czego nie używam. Działa.

Asia
1 rok temu

Oczywiście, że nadmiar jest stresorem. Z jednej strony faktycznie z tego względu, że rzeczy mają nam zapewniac poczucie bezpieczeństwa, więc się od nich uzalezniamy i przestajemy pracowac nad sobą, szukać realnego spokoju i szczęścia. Z drugiej dlatego, że więcej rzeczy wymaga od nas większych nakładów energii na ich obsługę. Nie mówiąc o tym, jakim stresorem jest posiadanie niechcianej czy niepotrzebnej rzeczy. O mamo ;-)

Myszamysza
Myszamysza
1 rok temu

Zgadzam sie z wpisem, zauroczona przywolaniem Fromma, czesc komentarzy sama moglabym napisac.
Ale?
Tak sobie mysle, ze to nie rzeczy sa przyczyna naszego stresu (przywiazania, obawy, strachu przez utrata) – tylko wlasnie nasz STOSUNEK do rzeczy, nie same rzeczy. Chyba najtrudniej jest miec/uzywac a jednoczesnie sie nie przywiazywac?
Mysle sobie, ze to nie minimalizm w sensie ograniczenia posiadania jest tu pomocny tylko minimalizm jako narzedzie postrzegania rzeczywistosci, priorytetyzacji (ludzie przed przedmiotami, jakosc przed iloscia itd).
Minimalizm jako narzedzie samopoznania, sposob myslenia, kierunek odczuwania – a nie jako metoda sprzatania :)

Ewa
Ewa
1 rok temu

Kiedy czytam bloga Kasi, a później niektóre z wypowiedzi w dyskusji, mam wrażenie, że żyję inaczej niż Wy. W 100% procentach zgadzam się z koncepcją minimalizmu jako ograniczenie nadmiaru, ale dla każdego z nas ta granica jest gdzie indziej. Mało tego ta granica dla matki małych dzieci i dziewczyny żyjącej samotnie lub tylko z mężem to ogromna różnica. Po prostu nie sposób było by funkcjonować mając przy małych dzieciach 5 bluzek i 3 pary spodni. Zwyczajnie albo chodziłabym brudna, albo mokra, albo musiałabym prać co chwilę (zużycie wody!). Podobnie gdy pracujemy na etacie i wymagany jest od nas pewien sposób ubierania, nie możemy mieć jednej sztuki uniformu… Mając w domu gromadkę dzieci nie mogę też mieć 4 kubków i talerzy. To wszytko oczywiście wiadomo, ale wiecie czasem mam wrażenie, że tu nie zaglądają gospodynie domowe i kobiety pracujące jednocześnie, bo nie miałyby czym się chwalić, bo że niby to super, że ma 5 garnków. Mogłabym tyle mieć, ale organizacja życia domowego byłaby prawie niemożliwa. Wiecie to nie tak, że nie zgadzam się z ideą i nie uważam waszych pomysłów za dobre, ale ten głos w jednej tonacji pokazuje – mam wrażenie jedną grupę społeczną. Zmierzając do mojego wniosku, uważam minimalizm za bardzo pozytywny nurt, nawet w niektórych płaszczyznach jestem minimalistką, ale brak pewnych narzędzi, sprzętów, rzeczy w sytuacji, gdy musimy wykonywać przy ich użyciu wiele czynności MOŻE WŁAŚNIE POWODOWAĆ STRES. Ktoś może powiedzieć, że dobra organizacja, że przemyśleć i zaplanować, ale zwyczajnie czasem nie ma na to czasu. Jeśli mam jedną wizytową sukienkę i ona akurat czeka, aż zapełnię pralkę, a ja jej pilnie potrzebuję, bo coś się nagle ma wydarzyć, to dopiero jest stres. Ja nie stresuję się gdy mam rezerwę, gdy nie jestem tylko „na styk”. Nadmiar jest na pewno stresujący, ale wyżyłowany minimalizm byłby dla mnie zdecydowanie stresujący.
Ewa

Magda
Magda
1 rok temu
Reply to  Ewa

Całkowicie się z tym zgadzam. Mimo, że nie mam dzieci, to czasem po prostu nie chce mi się robić prania, a czasami naprawdę nie mam na to czasu. Więc świadomość, że jak nie chcę, to nie muszę, mogę zrobić za tydzień i katastrofy nie będzie, jest bardzo uspokajająca. Nie wyobrażam sobie mieć wyliczoną liczbę majtek tak, że muszę je prać co sobotę. A tym bardziej sytuację, w której mam np. jeden zestaw pościeli i muszę koniecznie wyprać go rano, żeby zdążyć wysuszyć na wieczór.
Myślę, że jak we wszystkim, trzeba znaleźć równowagę – fajnie na przykład sięgając do kosmetyczki mieć wszystkiego po jednym, bo tak jest lżej i wygodniej. Ale fajnie też mieć gdzieś indziej zapasik – czasami mam ochotę na inny kolor szminki, a czasami nagle kończy mi się dezodorant – wyprawa do drogerii zajmie mi godzinę i będzie stresująca, więc zawsze kupuję rzeczy na zapas i czekają sobie na swój moment w szufladzie pod łóżkiem. Mam też pudełko z zapasem herbat, które pijam nałogowo i całkiem sporo bluzek, które noszę rotacyjnie, bo co jakiś czas zmienia mi się gust. Mam więcej, więc nie martwię się, że coś mi się zniszczy i nagle będę musiała na szybko kupić nowe.
Stresują mnie natomiast przedmioty leżące na wierzchu – ograniczyłam liczbę elementów dekoracyjnych, wszystko ma swoje miejsce, żeby uniknąć sytuacji, gdzie coś leży sobie na blacie, stole, czy podłodze…. Mieszkanie jest pełne przestrzeni, można w nim oddychać, ale za zamkniętymi drzwiczkami mieszka sobie kraina przydasiów, dzięki której martwię się mniej.

Luiza
Luiza
1 rok temu
Reply to  Ewa

Oczywiście. W zależności od sytuacji życiowej, każdy ma własną perspektywę minimalizmu. To zrozumiałe.

Rubia
Rubia
1 rok temu
Reply to  Ewa

Zgadzam się z tym, że minimalizm w wydaniu rodzinnym wygląda trochę odmiennie niż minimalizm singla/singielki czy pary :) Przeczytałam na blogu pewnego minimalisty, że wystarcza mu jedna patelnia i jeden garnek. Swietnie, ale ja nie będę dla siebie smażyła jajecznicy z dwóch jajek na wielkiej patelni, na której przygotowuję np. tortillę dla czterech osób obdarzonych zdrowym apetytem. Byłoby to zupełnie nieergonomiczne. A kiedy przyjeżdża rodzina i zostaje na kilka dni, wtedy okazuje się, że i dodatkowe kołdry i poduszki są potrzebne, i bielizna pościelowa, ręczniki i nawet świąteczne obrusy na zmianę, żeby tuż po wigilii nie zajmować się praniem białego obrusa zachlapanego barszczem. :) Kiedy dzieci były mniejsze, miałam spory zestaw naczyń z twardego plastiku, kupowanych w Ikea – idealny na różne spotkania dzieciaków, zwłaszcza w ogródku. Oszczędzałam sobie w ten sposób stresu związanego z wybieraniem z trawy skorup mojej ulubionej porcelany. Ogarnięcie takich całkowicie przecież normalnych sytuacji, jak odwiedziny kilku osób albo życie towarzyskie dzieciaków wymaga posiadania pewnych zapasów rzeczy używanych tylko okazjonalnie, może nawet przez parę dni w roku, ale jednak niezbędnych, żeby nie przeżywać dyskomfortu (nie pójdę pożyczać kołdry do sąsiadki). Ważne jest natomiast to, żeby te wszystkie rzeczy „nadmiarowe” były naprawdę wykorzystywane, żeby nie gromadzić ich jako przydasiów bez określonego celu. Stres związany z brakiem czegoś nie musi bowiem wynikać z przelotnych zachcianek, typu „ona sobie kupiła, też muszę to mieć”, Dwa razy w życiu przeprowadzaliśmy się za granicę całą rodziną, na klika lat, więc przetrenowałam na własnej skórze, jak wygląda pakowanie się i selekcja ciuchów, zabawek, książek i sprzętów domowych oraz bez czego można się doskonale obejść, nawet przez długi czas. :) Ciągle jednak uważam, że potrzebna jest pewna rezerwa – zarówno na specjalne okazje, jak i taka na co dzień, w rodzaju dodatkowego zestawu ubrań do pracy – gdyż to ona własnie uwalnia od stresu.

basia
basia
1 rok temu

Związki i relacje ludzkie nie tyle stają się kruche, co żyjemy dłużej, Kiedyś średnia wieku wynosiła 27 lat – jedno małżeństwo wystarczało na całe życie. Brak pieniędzy sprzyja minimalizmowi z przyczyn oczywistych, kiedyś to nazywało się biedą – skromne wnętrza, skromny ubiór, mało rzeczy. Duża ilość rzeczy nie tyle daje nam bezpieczeństwo, co zawsze było wyznacznikiem zamożności i statusu społecznego.

Rubia
Rubia
1 rok temu
Reply to  basia

Mała ilosć rzeczy też może być wyznacznikiem zamożności i statusu społecznego. Wystarczy pomyśleć np. o designerskich meblach, które kosztuja krocie. To zresztą jeden z zarzutów kierowanych pod adresem minimalistów i minimalizmu: jest to snobistyczna zabawa ludzi bogatych. Rzeczywiscie, postulaty np. Dominique Loreau, jednej z ikon minimalizmu („Sztuka prostoty” i inne książki), zdają się na to wskazywać – minimalna liczba rzeczy, za to doskonałej jakości. Czyli jedna torebka, lecz, powiedzmy, od Hermesa, jeden pierścionek, ale z wysokiej klasy brylantem, jeśli sweterki, to tylko z kaszmiru, a spodnie z wełny w znakomitym gatunku. Pani Loreau nic nie pisze o markach, lecz łatwo się zorientować, ile należałoby wydać na podstawowy zestaw ciuchów np. u Prady. Rzeczy wizualnie skromne wcale nie muszą być tanie, trzy proste sukienki mogą kosztować więcej niż trzydzieści ozdobnych. :) A jeśli samochód, to przecież nie jakiś tam seryjny Ford czy inny Volkswagen… W ten sposób koszty rosną; minimalizm w wersji „doskonałej jakościowo” moze być piekielnie kosztowny. W Polsce, ze względu na wyraźnie niższą ogólną zamożność społeczeństwa, ten nurt minimalizmu luksusowego jest oczywiście marginalny, jednak założenie, że kupujemy wylącznie rzeczy wysokiej (najwyższej, na jaką nas aktualnie stać) jakości, również generuje spore wydatki. Po stronie pozytywów związanych z jakością można zapisać większą trwałość i długi czas używania, więc w perspektywie kilku lat dostajemy swoistą rekompensatę. Generalnie jednak, minimalizm jako postawa estetyczno-filozoficzna przeniesiona na grunt zachowań konsumenckich może zarówno przynosić oszczędności, jak i skutecznie drenować kieszeń. :) Nie jest to bowiem rzeczywista asceza.

basia
basia
1 rok temu
Reply to  Rubia

Pisząc o ilości rzeczy miałam raczej na myśli ubrania/buty/biżuterię – nie chodzisz w tym samym, a masz masę ubrań do wyboru oraz tzw hit sezonu, czyli pokazujesz swój status materialny. Oczywiście, że ubrania te muszą być również najlepszej jakości, lecz nie przeceniałabym Prady, Versace i tym podobnych, bo są raczej tandetne,strasznie drogie i raczej długo nie posłużą. Są rzeczy dobre gatunkowo, drogie, płacisz za jakość nie za znaczek. Można kupić klasyczną torebkę z najwyższej jakości skóry, bez marki i mieć ją przez 20 lat. Jeśli chodzi o wnętrza, zgadzam się, można je minimalistycznie urządzić, super drogimi, dobrymi gatunkowo meblami na całe życie.

Ewa
Ewa
1 rok temu

Bardzo , bardzo inspirujący post dla mnie . Ogromną przyjemność sprawia mi kupowanie rzeczy tylko tych, które naprawdę potrzebuje . Z powodów ekologicznych ale także dlatego , że bycie wśród rzeczy ważnych jakoś mnie uspakaja i daje poczucie ładu i bezpieczeństwa

Ewa
Ewa
1 rok temu

Sporo z nas przyznaje się do tego, ze porządki i pozbywanie się rzeczy nas uspokaja i odstresowuje (mnie tez). Wydaje mi to tylko potwierdzać, jakie mylne wyobrażenie mamy o minimalizmie. Często minimalistą określamy tego, kto lubi wokół siebie mieć dość mało przedmiotów i kto nie ma problemów z wyrzucaniem ich ze swojego bezpośredniego otoczenia. A przecież w minimalizmie chodzi o to, żeby kupować to, czego potrzebujemy a nie żeby kupować i wyrzucać. Pomyślcie, ile nietrafionych zakupów zrobiliśmy, skoro w sytuacji stresowej zawsze mamy co wyrzucić! Ja się właśnie na tym się łapie. A to raczej nie tędy droga… ?

Marzenka
Marzenka
1 rok temu

A ja mam trochę inne wrażenie. Z jednej strony sprzątanie rzeczywiście uspokaja i nadaje pewnej lekkości w życiu, ale jak czytam te deklaracje, jak to ludzie planują pozbyć się jeszcze większej liczby przedmiotów, to robi mi się ciężko. Bo wszystko sprowadza się znowu do rzeczy, ile mam, a nie chcę, jak zrobić żeby było ich mniej I te nieustanne rozkminy, czy będę tego potrzebować, czy jednak nie. I trochę to przypomina mi ciągłe uzależnienie – tym razem od tego ile nie mam. I jak bardzo mogę być z siebie dumna BO NIE MAM! A tak naprawdę wolni jesteśmy , kiedy nie mamy potrzeby, ani posiadania ani nieposiadania, wtedy rzeczy naprawdę przestają mieć znaczenie.

Infinifable
1 rok temu

Jestem tego zdania, że minimalizm może stać się narzędziem w zwalczaniu stresu! I to nie tylko w zakresie fizycznych przedmiotów. Im mniej zbędnych rzeczy/sytuacji/obowiązków/wpisz odpowiednie/ tym lepiej, więc jak najbardziej się podpisuje pod tekstem i dziękuję za przedstawienie tematyki dotyczącej stresu w inny, niekonwencjonalny sposób.