Minimalizm jako narzędzie walki ze stresem

Byłam niedawno na konferencji, na której omawiano pożądane umiejętności na rynku pracy przyszłości. Rynku, który możliwe, że zdominowany będzie przez sztuczną inteligencję, zabierającą człowiekowi dotychczas znane miejsca pracy. Wymagania wobec pracownika przyszłości zmieniają się dynamicznie, a najważniejszym z nich nie będzie, jak by się mogło wydawać, wymóg umiejętności programowania itp., a… elastyczność psychologiczna.

 

Elastyczność psychologiczna to temat, który mnie osobiście fascynuje, na równi z uważnością, ponieważ mają ze sobą niezwykle wiele wspólnego. Ważnym elementem budowania psychologicznej elastyczności jest m.in. osobista wolność i prawdziwa odporność na stres.  Stresorów we współczesnym życiu mamy co niemiara. Stres odpowiedzialny jest za choroby cywilizacyjne. Stres jest bardzo demokratyczny – dotyka dorosłych i dzieci, kobiety i mężczyzn, nie zwraca uwagi na stan posiadania. Mnogość bodźców stresogennym przerasta nasze możliwości szybkiej adaptacji. Nic już nie jest pewne. Mało prawdopodobne, że będziemy mieć stałą pracę – praca w tym samym miejscu przez całe życie jest utopią. Ba, praca w jednym zawodzie jest coraz rzadziej spotykana. Związki i relacje bywają coraz bardziej kruche. Ludzie schodzą się i rozchodzą z różnych przyczyn, a małżeństwa rzadko bywają zawierane na całe życie. Nie oceniam, tak się po prostu dzieje, a my współcześnie musimy się w tych zmieniających uwarunkowaniach odnaleźć. To nie jest łatwe. To sprawia, że mocno przywiązujemy się i usilnie szukamy filarów bezpieczeństwa w życiu. 

 

Takim filarem często bywają rzeczy.

 

Nie mam wpływu (lub mam mniejszy, niż bym chciała) na to, gdzie będę pracować, czy i z kim będę, ale mam wpływ na to, co posiadam. Mieszkanie, samochód, meble, ubrania, książki. Poza funkcją użytecznościową czy też funkcją budowania statusu społecznego, rzeczy dają nam też poczucie bezpieczeństwa. One nie znikają same. Oczywiście, mogą się zniszczyć, możemy je stracić, ale same nie zdecydują, że potrzebują zmiany i nie wyprowadzą się z domu. ;) Nie bez powodu ludzie, którzy tracą w wypadkach cały swój dobytek czują, jakby zabrano im część tożsamości, część ich samych. Bardzo często przeszkodą dla mobilności (np. w kontekście zmiany miejsca pracy) jest właśnie konieczność pozostawienia swoich rzeczy.

 

Usłyszałam ostatnio, że stres jest formą interpretacji rzeczywistości. Nasz organizm biologicznie ma wbudowaną reakcję uciekaj lub walcz i to jest coś, z czym trudno dyskutować. Niemniej jednak jest sporo “narzędzi”, które mogą nam pomóc w okiełznaniu biologicznego stresu. Byłam niedawno na świetnym wykładzie prof. Kelly’ego Wilsona – jednego z twórców podejścia psychoterapeutycznego ACT (terapia akceptacji i zaangażowania) i pewnie nie jeden raz będę się do niego odnosić na blogu. Prof. Wilson spędził ogrom czasu badając od naukowej (nie tylko psychologicznej) strony różnorakie stresory, które dotykają współczesnego człowieka i opracował nowe koło bazowych potrzeb, których zaspokojenie redukuje stres (kolejność przypadkowa):

  • szansa na prawdziwy, zdrowy sen (real sleep opportunity)
  • prawdziwe jedzenie (eat real food)
  • pielęgnowanie więzi społecznych (cultivate social network)
  • praktyka uważności (mindful practice)
  • redukcja toksyn (używki i zbędne leki) (reduce toxins)
  • ćwiczenie samowspółczucia (practice self compassion)
  • wykonywanie znaczących, ważnych rzeczy (practice meaningful acts)

 

Z dużą chęcią dodałabym na końcu “reduce stuff” czyli ogranicz liczbę posiadanych rzeczy. Skoro rzeczy pełnią rolę stabilizatorów wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa to ich “puszczenie” może dobrze wpłynąć na budowanie poczucia bezpieczeństwa w oderwaniu od zewnętrznych czynników. Naturalnie, jestem daleka o namawiania kogokolwiek do nagłego porzucenia swojego dobytku, aby wypróbować ewentualną korzyść w postaci wewnętrznej wolności, ale historia i literatura faktycznie zna i opisuje wiele takich przypadków. Może w takim razie praktyka minimalizmu ćwiczy naszą odporność na stres? Czy pozbywanie się rzeczy, eksperymentowanie w tym względzie może nam pomóc w budowaniu wewnętrznej elastyczności psychologicznej? Skłaniam się mocno ku tej myśli, choć oczywiście brak mi zaplecza naukowego, aby forsować taką teorię jako tezę. Kto jednak zabroni mi zainicjować dyskusję na ten temat? :)

 

Odkrywam ostatnio na nowo książkę Mieć czy być? Ericha Fromma. Proponuje on (w 1976r.!) zbudowanie nowego społeczeństwa, którego funkcja “polega na promowaniu i kreowaniu nowego człowieka, istoty, której struktura charakteru wykazywać będzie następujące właściwości:

  • Wolę porzucenia wszystkich form posiadania, aby w pełni być.
  • Bezpieczeństwo, poczucie tożsamości oraz zaufanie oparte na wierze, w to, czym się JEST, na potrzebie wchodzenia w związki, zainteresowaniu, miłości, solidarności z otaczającym światem – zstąpią pragnienie posiadania, zawłaszczania, kontroli świata, które w rezultacie prowadzą do stania się niewolnikiem własności.
  • Akceptacja faktu, że nikt i nic z zewnątrz nie nadaje sensu życia, a ta radykalna niezależność i nicość [w oryg.: no-thigsness] są warunkami pełniejszej aktywności nastawionej na troskę i dzielenie się.
  • Pełnia obecności w danej sytuacji.”

 

Jak myślicie, czy w świetle moich przemyśleń minimalizm może być nieoczywistym narzędziem walki ze stresem? Czy rzeczy są/bywają dla Was jednym z filarów poczucia bezpieczeństwa w życiu?

45 komentarzy

45
Dodaj komentarz

avatar
22 Comment threads
23 Thread replies
2 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
32 Comment authors
SIMPLICITE Katarzyna KędzierskaEwaEwaLOLbasia Recent comment authors
  Powiadomienia  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Askadasuna
Gość

Coś w tym jest, bo zawsze kiedy zjada mnie długotrwały stres zaczynam odczuwać przytloczenie przedmiotami, bałaganem w otoczeniu i nadmiarem. Zazwyczaj zaczynam wtedy intensywne porządki i dopiero jak uporzadkuje to zaczynam odczuwać spokój.

Luiza
Gość
Luiza

Ja również tak mam.

Marzena
Gość
Marzena

Mam to samo! I nic nie działa tak odstresowująco jak wyrzucenie kilku zbędnych rzeczy.
Może to tłumaczy studentów podczas sesji, którzy zamiast się uczyć porządkują? :)

Ewa
Gość
Ewa

Ja też odczuwam potrzebę uporządkowania przestrzeni wokół mnie, kiedy jestem zestresowana, ale z drugiej strony mam też wtedy silną potrzebę kupowania nowych, jako formy zrobienia sobie przyjemności.

Oktawia
Gość
Oktawia

Myślałam, że tylko ja mam takie odczucie! Dziewczyny trochę mnie uspokoiłyście, bo już się bałam, że to jest jakieś niezdrowe ;)

Szyciownik
Gość

Cześć,
Sądzę, że jest pewien odpowiedni poziom posiadania. Miejsce do mieszkania, spania, załatwiania potrzeb fizjologicznych. To są rzeczy niezbędne i bez nich życie byłoby bardzo ciężkie.
Ale nadmiar rzeczy jest zdecydowanie przeszkodą. Mam masę rzeczy, które regularnie sprzątam dookoła siebie, żeby mieć tego mniej. I jest mi tak o wiele lepiej, gdy mam porządek.
Pozdrawiam
Kasia

Monika
Gość
Monika

Stres często powstaje z nadmiaru bodźców. Stąd minimalizm jest idealnym narzędziem do walki. W moim przypadku minimalizm pozwala się skupić na tym co ważne, odnaleźć spokój myśli w ciszy, powstrzymać się od chęci posiadania kolejnej rzeczy…

Rach
Gość
Rach

Zawsze gdy mam gorszy okres w zyciu, czuje tez potrzebe kupowania i otaczania sie przedmiotami. Bardzo dobry tekst :)

Luiza
Gość
Luiza

Minimalizm uwalnia od posiadania, a zatem od skupiania się na tym, co materialne. Otwiera się wówczas przestrzeń dla ducha, poczucie wolności, niezależności, panowania nad sobą, swoimi zachciankami, odporność na pokusy posiadania. Pozbywanie się rzeczy oczyszcza naszą zewnętrzną przestrzeń, ale sprawia też, jakby odpadał kolejny kamień, ciężar. Dzielenie się z innymi swoimi rzeczami daje radość obdarowania oraz bycia obdarowanym. Dla mnie dana rzecz nie jest już ważna, atrakcyjna, dla kogoś jak najbardziej. To wszystko odstresowuje. Polecam :)

Aga
Gość
Aga

Wyjęłaś mi to z ust!

Paulina
Gość
Paulina

Dzięki lekturze Twojego bloga rozpoczęłam swoją przygodę z minimalizmem. moja droga ciągle trwa i jeszcze nie osiągnęłam takiego ograniczenia stanu posiadania, jaki mam w planach, ale juz czuję znaczną redukcję stresu. Więc tak, moim zdaniem to działa! Dzięki za to, co robisz ☺

Małgosik
Gość
Małgosik

Jeżeli posiadamy przedmioty do których jesteśmy bardzo przywiązani i sama myśl o utracie lub ich zniszczeniu powoduje u nas strach, to jaki ogromny stres sami sobie fundujemy…. :( Na te wszystkie przedmioty trzeba też zarobić odpowiednią ilość pieniędzy często w stresującej pracy. Dzięki temu, że zadowalamy się mniejszą ilością przedmiotów mój mąż nie bierze w pracy nadgodzin, tylko spędza ten czas ze mną.

wendigo
Gość

Trzeba też poświęcić czas na porządkowanie, czyszczenie, przekładanie itp. tych przedmiotów – to też obciążenie…

Anna
Gość
Anna

Dokładnie o tym samym pomyślałam – że posiadanie dużej ilości rzeczy, a jeszcze do tego drogich rzeczy stresuje samą myślą o ich uszkodzeniu, zniszczeniu… zapomina się też o użytkowym charakterze rzeczy, tym że mają przede wszystkim służyć, a nie być celem samym w sobie…

Joanna
Gość
Joanna

U mnie stres powoduje chęć zakupów i jedzenia, albo tego i tego…. Raczej odległe to od minimalizmu :(

Monika
Gość
Monika

Od pół roku żyję bez lodówki w klimacie włoskim, kiedy opowiadam komuś w pracy patrzy z miną pogardy, niezrozumienia itd..
Od miesiąca zaadoptowałem dom drewniany w górach ( spędzam tam weekendy ) przy świecach i tak jak kiedyś się żyło czyli od zachodu do wschodu – już nie opowiadam o tym bo pomyśleliby że zwariowałam na dobre.
Mój 14 letni syn jest zachwycony domkiem w górach ( choć urodził się w erze smartphonów i na codzień nie mieszka z mamą).
A ja jakoś bardziej doceniam smak warzywa czy owocu nie przechowywanego w lodówce – to tylko tymczasowy eksperyment ..
I ciszę, zachody i wschody słońca w górach.

Askadasuna
Gość

Takie życie jakie opisujesz jest marzeniem mojego partnera ;)

LOL
Gość
LOL

To jeszcze spędź ten czas na nauce języka polskiego, może słownik poczytaj..? A adoptować to można człowieka albo psa, dom czy strych się adaptuje.

Monika
Gość
Monika

Wyemigrowałam z kraju piętnaście lat temu, przebywam raczej w środowisku włoskim, j.polski używam rzadko i takie są tego skutki.

Karina
Gość
Karina

U mnie przelomowym momentem była przeprowadzka na drugi koniec Polski. Nie opłacało mi się przewozić całego dobytku, więc większości rzeczy się po prostu pozbyłam. I to mi uświadomiło, że byłam niewolnikiem posiadanych przeze mnie przedmiotów. Nigdy nie czułam takiego poczucia wolności jak wtedy gdy wypakowywałam cały mój dobytek z trzech walizek, które zabrałam ze sobą. Świadomość, że możesz w każdej chwili wsiąść w pociąg i przenieść się gdzie tylko masz ochotę bo nie ogranicza cię żaden balast, jest cudowna.

Nowa
Gość
Nowa

Ciekawy tekst. Ja niestety pod wpływem stresu kupuję, czy to ubrania ( ale to głównie z uwagi na częste zmiany wagi i stres spowodowany tym, że znowu cos jest ciasne a niestety w pracy muszę nienagnanie wyglądać) czy jedzenie czy usługi ( np. dzisiaj zakupiłam 3 masaze na najbliższe tygodnie). Ale uważam, że stawiane tezy są prawdziwe. kilka lat temu podczas remontu musiałam się wyprowadzic i mieszkałam sama przez kilka miesiecy w prywatnym akademiku ( to było przeżycie po kilkunastu latach po studiach – na szczęscie w okresie wakacyjnym). Ponieważ pokół z kuchnią i łazienką był minimalny ( ok. 9mkw łacznie) siłą rzeczy miałam bardzo mało ubrań, i wszystkiego, np. garnków i sztućcu. Przez cały ten czas chodziłam do pracy i czułam się świetnie. Nie czułam presji wiecznego sprzątania, ponieważ wystarczyło 15 min na ogarnięcie wszystkiego, duzo się ruszałam, jezdziłam rowerem, spcerowałam, miałam mase czasu na przyjeności. Wydawałam jakos tak mało pieniedzy chociaż jadłam praktycznie tylko na mieście. Teraz będąc w domu czuje ciężar masy rzeczy które posadami/przekłam/porządkuje. Mam wrażenie, że przez te kilka miesiecy byłam dużo bardziej “wolna” i szczęśliwa niz obecnie.

Eliza
Gość
Eliza

Ja muszę powiedzieć, że przejście na minimalizm ograniczył liczbę stresogennych sytuacji typu: Co ja mam na siebie włożyć (capsule wardrobe), Ona ma nowe (wstaw cokolwiek), a ja nie itp. Minimalizm skłonił mnie także do zapoznania się z teorią życia powoli. Po wielu przemyśleniach, doświadczeniach i ostrożnym planowaniu, wiem, że na wszystko mam czas, a jak z czymś nie zdążę to nie umrę przez to.
Bardziej zorganizowałam swoją przestrzeń, wszelkie dystraktory zniknęły przez co pracuję szybciej i efektywniej.
Można więc powiedzieć, że dzięki mininalizmowi jestem spokojniejsza. Moim jedynym stresem jest moja magisterka ;)

Lidka
Gość
Lidka

Czy minimalizm może być narzędziem do walki ze stresem? – tak i nie. Nie, kiedy dopiero musisz go wdrożyć. Tak, kiedy już masz go już opanowanego (tylko wtedy to chyba nie jest już narzędziem, a raczej materiałem budulcowym).

Napisałaś: “Skoro rzeczy pełnią rolę stabilizatorów wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa to ich “puszczenie” może dobrze wpłynąć na budowanie poczucia bezpieczeństwa w oderwaniu od zewnętrznych czynników.” Myślę, że proces puszczania jest dramatycznie stresogenny na początku. Od maleńkości nasiąkamy potrzebą posiadania rzeczy (niech za przykład posłuży radość z otrzymywania prezentów). Wyjście z tej jakże pierwotnej i rozległej strefy komfortu jest procesem długotrwałym i bardzo trudnym, prowadzącym przez liczne wzloty i upadki. Jedynie osoby niezwykle zdyscyplinowane będą potrafiły wprowadzić tę zmianę szybko i konsekwentnie. Dla przeciętnego konsumenta dóbr kapitalizmu to jest wieczna walka z zakusami marketingowców, własnymi przyzwyczajeniami i rządnym dopaminy mózgiem.

Reasumując: minimalizm jako część walki ze stresem jest ideą piękną i słuszną, ale równie trudną do wdrożenia jak pogodzenie autentycznej skromności z pewnością siebie. Uda się to raczej jednostkom niż ogółowi.

Pstra Matrona
Gość
Pstra Matrona

Mi poczucie bezpieczeństwa dają sytuacje rezygnacji z tych wielkich materialnych rzeczy, nie małych. Czyli nie ilość posiadanych książek, ubrań, kubków czy kwiatków, ale to czy mam pieniądze, mam gdzie mieszkać, gdzie się umyć itd. Te małe rzeczy to tylko kwestia dekoracji, wyboru estetyki i jeśli nie muszę nie będę z nich rezygnować. Niecieprię minimalistycznej estetyki i jeśli mam możliwość gdzieś żyć na dłużej robię wszystko by ta przestrzeń zapełniła się bogactwem rzeczy, bo to piękne i daje mi w życiu mnóstwo radości i koloru. Nie mam jednak żadnego problemu żeby je wszystkie porzucić. Największe poczucie swojego wewnętrznego bezpieczeństwa zbudowałam w sytuacjach, w których nie miałam gdzie mieszkać,albo nie miałam miesiącami żadnych pieniędzy ani szansy, by to się zmieniło, żyjąc w komunie bez własności prywatnej itd. Zrozumiałam wtedy, że moje poczucie bezpieczeństwa jest wewnątrz i nie zależy od tak zwanej stabilności życiowej, że nie żyje na pustyni tylko wśród ludzi i nic się nie stanie jeśli będę musiała jakiś czas liczyć na ich pomoc. No i świat się nie zawali jeśli miesiąc czy dwa nic nie kupisz. Świadomość, że mogę przeżyć w ten sposób pozwala mi nie stresować się tym, że będę musiała kiedyś np pójść do pracy, której nie… Czytaj więcej »

Bambi
Gość
Bambi

Mnie najbardziej stresuje zapełniona lodówka (że przegapię datę ważności albo coś się zepsuje i będzie trzeba wyrzucić).. paradoksalnie uspokajają mnie prawie puste półki…
Drugim stresorem są niechciane prezenty… mam w rodzinie osobę, która lubi polować na okazje i potem obdarowuje innych swoimi zdobyczami… I mimo że odmawiam wzięcia tego czy owego zwykle dla świętej zgody biorę co któryś z prezentów….

sya
Gość
sya

U mnie ograniczenie ilości rzeczy działa w 100%, chociaż nigdy nie myślałam o tym w sposób, w jaki Ty o tym piszesz. Grzebanie w wypchanej torebce, przepełnione szuflady, niedomknięte szafki – wszystko to działa na mnie tak frustrująco, że regularnie odgruzowuję mieszkanie i pozbywam się wszystkiego, czego nie używam. Działa.

Asia
Gość

Oczywiście, że nadmiar jest stresorem. Z jednej strony faktycznie z tego względu, że rzeczy mają nam zapewniac poczucie bezpieczeństwa, więc się od nich uzalezniamy i przestajemy pracowac nad sobą, szukać realnego spokoju i szczęścia. Z drugiej dlatego, że więcej rzeczy wymaga od nas większych nakładów energii na ich obsługę. Nie mówiąc o tym, jakim stresorem jest posiadanie niechcianej czy niepotrzebnej rzeczy. O mamo ;-)

Myszamysza
Gość
Myszamysza

Zgadzam sie z wpisem, zauroczona przywolaniem Fromma, czesc komentarzy sama moglabym napisac.
Ale?
Tak sobie mysle, ze to nie rzeczy sa przyczyna naszego stresu (przywiazania, obawy, strachu przez utrata) – tylko wlasnie nasz STOSUNEK do rzeczy, nie same rzeczy. Chyba najtrudniej jest miec/uzywac a jednoczesnie sie nie przywiazywac?
Mysle sobie, ze to nie minimalizm w sensie ograniczenia posiadania jest tu pomocny tylko minimalizm jako narzedzie postrzegania rzeczywistosci, priorytetyzacji (ludzie przed przedmiotami, jakosc przed iloscia itd).
Minimalizm jako narzedzie samopoznania, sposob myslenia, kierunek odczuwania – a nie jako metoda sprzatania :)

Ewa
Gość
Ewa

Kiedy czytam bloga Kasi, a później niektóre z wypowiedzi w dyskusji, mam wrażenie, że żyję inaczej niż Wy. W 100% procentach zgadzam się z koncepcją minimalizmu jako ograniczenie nadmiaru, ale dla każdego z nas ta granica jest gdzie indziej. Mało tego ta granica dla matki małych dzieci i dziewczyny żyjącej samotnie lub tylko z mężem to ogromna różnica. Po prostu nie sposób było by funkcjonować mając przy małych dzieciach 5 bluzek i 3 pary spodni. Zwyczajnie albo chodziłabym brudna, albo mokra, albo musiałabym prać co chwilę (zużycie wody!). Podobnie gdy pracujemy na etacie i wymagany jest od nas pewien sposób ubierania, nie możemy mieć jednej sztuki uniformu… Mając w domu gromadkę dzieci nie mogę też mieć 4 kubków i talerzy. To wszytko oczywiście wiadomo, ale wiecie czasem mam wrażenie, że tu nie zaglądają gospodynie domowe i kobiety pracujące jednocześnie, bo nie miałyby czym się chwalić, bo że niby to super, że ma 5 garnków. Mogłabym tyle mieć, ale organizacja życia domowego byłaby prawie niemożliwa. Wiecie to nie tak, że nie zgadzam się z ideą i nie uważam waszych pomysłów za dobre, ale ten głos w jednej tonacji pokazuje – mam wrażenie jedną grupę społeczną. Zmierzając do mojego wniosku, uważam… Czytaj więcej »

Magda
Gość
Magda

Całkowicie się z tym zgadzam. Mimo, że nie mam dzieci, to czasem po prostu nie chce mi się robić prania, a czasami naprawdę nie mam na to czasu. Więc świadomość, że jak nie chcę, to nie muszę, mogę zrobić za tydzień i katastrofy nie będzie, jest bardzo uspokajająca. Nie wyobrażam sobie mieć wyliczoną liczbę majtek tak, że muszę je prać co sobotę. A tym bardziej sytuację, w której mam np. jeden zestaw pościeli i muszę koniecznie wyprać go rano, żeby zdążyć wysuszyć na wieczór. Myślę, że jak we wszystkim, trzeba znaleźć równowagę – fajnie na przykład sięgając do kosmetyczki mieć wszystkiego po jednym, bo tak jest lżej i wygodniej. Ale fajnie też mieć gdzieś indziej zapasik – czasami mam ochotę na inny kolor szminki, a czasami nagle kończy mi się dezodorant – wyprawa do drogerii zajmie mi godzinę i będzie stresująca, więc zawsze kupuję rzeczy na zapas i czekają sobie na swój moment w szufladzie pod łóżkiem. Mam też pudełko z zapasem herbat, które pijam nałogowo i całkiem sporo bluzek, które noszę rotacyjnie, bo co jakiś czas zmienia mi się gust. Mam więcej, więc nie martwię się, że coś mi się zniszczy i nagle będę musiała na szybko kupić… Czytaj więcej »

Luiza
Gość
Luiza

Oczywiście. W zależności od sytuacji życiowej, każdy ma własną perspektywę minimalizmu. To zrozumiałe.

Rubia
Gość
Rubia

Zgadzam się z tym, że minimalizm w wydaniu rodzinnym wygląda trochę odmiennie niż minimalizm singla/singielki czy pary :) Przeczytałam na blogu pewnego minimalisty, że wystarcza mu jedna patelnia i jeden garnek. Swietnie, ale ja nie będę dla siebie smażyła jajecznicy z dwóch jajek na wielkiej patelni, na której przygotowuję np. tortillę dla czterech osób obdarzonych zdrowym apetytem. Byłoby to zupełnie nieergonomiczne. A kiedy przyjeżdża rodzina i zostaje na kilka dni, wtedy okazuje się, że i dodatkowe kołdry i poduszki są potrzebne, i bielizna pościelowa, ręczniki i nawet świąteczne obrusy na zmianę, żeby tuż po wigilii nie zajmować się praniem białego obrusa zachlapanego barszczem. :) Kiedy dzieci były mniejsze, miałam spory zestaw naczyń z twardego plastiku, kupowanych w Ikea – idealny na różne spotkania dzieciaków, zwłaszcza w ogródku. Oszczędzałam sobie w ten sposób stresu związanego z wybieraniem z trawy skorup mojej ulubionej porcelany. Ogarnięcie takich całkowicie przecież normalnych sytuacji, jak odwiedziny kilku osób albo życie towarzyskie dzieciaków wymaga posiadania pewnych zapasów rzeczy używanych tylko okazjonalnie, może nawet przez parę dni w roku, ale jednak niezbędnych, żeby nie przeżywać dyskomfortu (nie pójdę pożyczać kołdry do sąsiadki). Ważne jest natomiast to, żeby te wszystkie rzeczy “nadmiarowe” były naprawdę wykorzystywane, żeby nie gromadzić… Czytaj więcej »

basia
Gość
basia

Związki i relacje ludzkie nie tyle stają się kruche, co żyjemy dłużej, Kiedyś średnia wieku wynosiła 27 lat – jedno małżeństwo wystarczało na całe życie. Brak pieniędzy sprzyja minimalizmowi z przyczyn oczywistych, kiedyś to nazywało się biedą – skromne wnętrza, skromny ubiór, mało rzeczy. Duża ilość rzeczy nie tyle daje nam bezpieczeństwo, co zawsze było wyznacznikiem zamożności i statusu społecznego.

Rubia
Gość
Rubia

Mała ilosć rzeczy też może być wyznacznikiem zamożności i statusu społecznego. Wystarczy pomyśleć np. o designerskich meblach, które kosztuja krocie. To zresztą jeden z zarzutów kierowanych pod adresem minimalistów i minimalizmu: jest to snobistyczna zabawa ludzi bogatych. Rzeczywiscie, postulaty np. Dominique Loreau, jednej z ikon minimalizmu (“Sztuka prostoty” i inne książki), zdają się na to wskazywać – minimalna liczba rzeczy, za to doskonałej jakości. Czyli jedna torebka, lecz, powiedzmy, od Hermesa, jeden pierścionek, ale z wysokiej klasy brylantem, jeśli sweterki, to tylko z kaszmiru, a spodnie z wełny w znakomitym gatunku. Pani Loreau nic nie pisze o markach, lecz łatwo się zorientować, ile należałoby wydać na podstawowy zestaw ciuchów np. u Prady. Rzeczy wizualnie skromne wcale nie muszą być tanie, trzy proste sukienki mogą kosztować więcej niż trzydzieści ozdobnych. :) A jeśli samochód, to przecież nie jakiś tam seryjny Ford czy inny Volkswagen… W ten sposób koszty rosną; minimalizm w wersji “doskonałej jakościowo” moze być piekielnie kosztowny. W Polsce, ze względu na wyraźnie niższą ogólną zamożność społeczeństwa, ten nurt minimalizmu luksusowego jest oczywiście marginalny, jednak założenie, że kupujemy wylącznie rzeczy wysokiej (najwyższej, na jaką nas aktualnie stać) jakości, również generuje spore wydatki. Po stronie pozytywów związanych z jakością można… Czytaj więcej »

Ewa
Gość

Bardzo , bardzo inspirujący post dla mnie . Ogromną przyjemność sprawia mi kupowanie rzeczy tylko tych, które naprawdę potrzebuje . Z powodów ekologicznych ale także dlatego , że bycie wśród rzeczy ważnych jakoś mnie uspakaja i daje poczucie ładu i bezpieczeństwa

Ewa
Gość
Ewa

Sporo z nas przyznaje się do tego, ze porządki i pozbywanie się rzeczy nas uspokaja i odstresowuje (mnie tez). Wydaje mi to tylko potwierdzać, jakie mylne wyobrażenie mamy o minimalizmie. Często minimalistą określamy tego, kto lubi wokół siebie mieć dość mało przedmiotów i kto nie ma problemów z wyrzucaniem ich ze swojego bezpośredniego otoczenia. A przecież w minimalizmie chodzi o to, żeby kupować to, czego potrzebujemy a nie żeby kupować i wyrzucać. Pomyślcie, ile nietrafionych zakupów zrobiliśmy, skoro w sytuacji stresowej zawsze mamy co wyrzucić! Ja się właśnie na tym się łapie. A to raczej nie tędy droga… 😉