Minimalizm w praktyce. Historia Weroniki

 

Minimalizm to nie jest jakaś wydumana, abstrakcyjna filozofia. To niezwykle pragmatyczne narzędzie, z którego może skorzystać każdy i którego używa się na co dzień, ułatwiając i upraszczając sobie życie. Dlatego też na blogu od dawna prowadzę serię tekstów pod tytułem: Minimalizm w praktyce.

 

Pod jednym z ostatnich tekstów rozgorzała fantastyczna dyskusja (ponad 100 komentarzy!) i jedna z Czytelniczek – Monika podrzuciła mi genialny pomysł! Chcę zebrać i opublikować WASZE historie, w jaki sposób Wy zaczęłyście swoją przygodę ze slow fashion lub minimalizmem.

 

Poprosiłam Was na Facebooku o przesyłanie historii i oto, jako jedną z pierwszych, dostałam wiadomość od Weroniki. Weronika ma 24 lata i pochodzi z Krakowa. Jestem przekonana, że Jej historia jest podobna do doświadczeń wielu z nas. 

 

 Historia Weroniki

 

Wygląda na to, że minimalistką byłam od zawsze, tylko nie potrafiłam tego nazywać. Myślałam, że po prostu jestem super zorganizowana i uporządkowana. Już z domu wyniosłam takie wartości jak niewyrzucanie jedzenia, dlatego moją lodówkę komponuję tak, aby wszystko mi się przydało. Nie cierpię zapasów (również kosmetycznych) – przecież widzę, gdy coś mi się kończy, a sklep nie jest na drugim końcu miasta.

 

Gdy miałam 16 lat, wyprowadziłam się z domu rodzinnego. Z jedną walizką. 3 lata później przeprowadzka okazała się przytłaczająca, ilość rzeczy powiększyła się trzykrotnie. W trakcie studiów przeprowadzałam się… 9 razy, w tym za granicę. Nie miałam wyboru – musiałam zmienić system, żeby się nie “zajechać”. Co więcej, rozpoczynając pracę i działając aktywnie na uczelni, po całym dniu chaosu nie potrafiłam wrócić do zawalonego rzeczami pokoju. Musiałam uporządkować sobie przestrzeń, żeby móc prawdziwie odpocząć. Ten okres zweryfikował również znajomości (oraz czynności), które postanowiłam uciąć, bo nie wnosiły niczego do mojego życia. Dużo by pisać. :)

 

Mój system:

  • Część pamiątek wylądowała w jednym małym pudełku (które do dzisiaj co jakiś czas z sentymentem otwieram), znakomitą resztę – wraz z wieloma otrzymanymi prezentami (przepraszam moich znajomych!) – wyrzuciłam. Po prostu. Jestem sentymentalna, ale dużo większe znaczenie mają dla mnie zdjęcia, które kolekcjonuję w albumach (zajmujących mi jedną półkę).
  • Książki, zarówno prywatne jak i edukacyjne, sprzedałam lub rozdałam. Od wypożyczania książek jest biblioteka, w małym pokoju nie ma na takie rzeczy miejsca.
  • Rzeczy, które “kiedyś się przydadzą” otrzymały termin ważności – jeżeli nie były w jego trakcie używane, lądowały w koszu.
  • Dokumenty – dość dużą zmorą było uporządkowanie ich i wyrzucenie nieaktualnych, teraz wszystkie porządnie segreguję i wyrzucam na bieżąco.
  • Ubrania – to było największe wyzwanie. Z pomocą przyszła siostra, która pomogła mi wywalić część rzeczy. Do dzisiaj mam problem z wyrzucaniem ubrań, ale staram się i każda część garderoby, której się pozbywam to małe zwycięstwo. :)
  • Oczywiście, ze względu na zmniejszającą się wraz z nowymi obowiązkami ilość czasu, uporządkowałam swojego facebooka (usunęłam fanpage, przestałam śledzić osoby, etc.), dzięki czemu zabiera mi duużo mniej czasu, zadbałam także o porządek na poczcie (etykiety, bieżące usuwanie/archiwizowanie maili).

 

Twój blog zainspirował mnie do zastanowienia się, czy jest jeszcze jakiś zbiór przedmiotów, których mam za dużo – padło na kolczyki. Usystematyzowałam je metodą – dwie pary zostawiam, jedną wyrzucam.

 

Niedawno przeprowadziłam się z chłopakiem do nowego mieszkania, jest całe dla nas. I okazało się, że po rozpakowaniu wszystkich rzeczy, wciąż mamy mnóstwo miejsca! Chwała minimalizmowi :) Generalnie, największą radę jaką mogę dać to bycie systematycznym. Nie chodzi o poświęcanie całego dnia na porządki co parę miesięcy, tylko codzienne podejmowanie decyzji, które rzeczy/działania nie są Ci potrzebne w życiu.

 

Powody, dla których chcemy rozpocząć upraszczanie życia mogą być diametralnie różne, ale jedna kwestia nigdy się nie zmieni i w tym względzie mocno zgadzam się z Weroniką. Minimalizm to narzędzie, z którego korzystam w praktyce, na co dzień. Bo “nie chodzi o poświęcanie całego dnia na porządki co parę miesięcy, tylko codzienne podejmowanie decyzji, które rzeczy/działania nie są Ci potrzebne w życiu.”

 


Nadal czekam na Wasze maile! Jeśli chciałabyś podzielić się ze mną i pozostałymi historią, w jaki u Ciebie zaczęła się przygoda ze slow fashion lub minimalizmem, napisz do mnie na blog@simplicite.pl, w tytule umieszczając: “Moja historia”. Nie bój się, nie wahaj, porzuć wątpliwości, obawy, nie musisz być literatem, nie opublikuję nigdzie tej historii bez Twojej wyraźnej zgody. Po prostu napisz do mnie, bardzo, bardzo Cię proszę! Z ogromną przyjemnością ją przeczytam, a wybrane historie opublikuję na blogu.

 

Mam ogromną nadzieję, że, podobnie jak dla mnie, i dla Was ta historia będzie inspiracją i może bodźcem do osobistych zmian. Napiszcie proszę, co myślicie o takim formacie tekstów raz na jakiś czas. Dziękuję z góry!

Kategoria: Minimalizm Tagi: ,
43 komentarze
  • Bycie systematycznym. To cenna uwaga.

  • Kasia W.

    Ciekawa historia.
    Ja jestem bardzo sentymentalna i przywiązuję się do rzeczy (np do plecaka z którym podróżowałam przez 15 lat aż się całkiem “zamortyzował”). Żeby nie zagracić zupełnie przestrzeni, przed wyrzuceniem takiej pamiątki robię jej zdjęcie i wklejam do albumu – w ten sposób w mini formie mogę wrócić do takiej rzeczy/do wspomnień.

  • Masza

    Ja sprawę miałam ułatwioną ponieważ zainteresowałam się minimalizmem a zaraz potem się przeprowadzałam. Tak więc nowe mieszkanie od początku urzadziłam w myśl filozofii im mniej tym lepiej. A przeprowadzka była idealnym momentem żeby za jednym zamachem pozbyć się wszystkich niepotrzebnych rzeczy.
    Teraz jednak nastał czas kiedy wprowadziła się do nas tesciowa (z powodów zdrowotnych nie jestem się w stanie chwilowo zająć domem i dzieckiem) której filozofia jest dokładnie odwrotna. Powiem Wam że patrząc na większość jej zakupów, ktore robi do nas do domu, odczuwam wręcz fizyczny ból ;) Mnóstwo przedmiotów niepotrzebnych, kupionych na zapas albo zainspirowanych reklama. Staram się czasem coś powiedzieć ale jestem w takiej sytuacji że nie chce urazić osoby która mi pomaga. Wiem jedno sama już nigdy nie wrócę do nieprzemyslanych zakupów i gromadzenia przedmiotów.

  • Monika

    Kasiu,
    bardzo mi miło, ze tyle razy pochwaliłaś mój pomysł:). Zbieram się żeby opisać moją historię, od tej dyskusji spędziałam sporo czasu rozmyślajac nad tematem i zastanawiając się gdzie u mnie był poczatek. Drogę mam wciąż wyboistą, żeby stać się może nie minimalistką, ale osobą aspirująca do bycia minimalistką, to musiałam po drodze “zaliczyć” etap rozpasania i ogólnego hedonizmu w moim życiu.
    Spodziewaj sie maila ode mnie wkrótce.
    Pozdrawiam z deszczowego Grochowa,
    Monika

    • Moniko, to może opisz własnie te wyboje? Przecież nie zawsze jest łatwo, prawda?

  • Anvariel

    Udało mi się zredukować ilość ciuchów, udało mi się zredukować ilość biżuterii. To samo dotyczy papierów czy starych gazet. Ale nie potrafię zredukować liczby książek. Jeśli książka mi się podobała to nie ma siły, żebym puściła ją dalej w obieg… no żywcem nie ma :) Tak, że pełen podziw dla Weroniki, że jej się udało :)

    • Jak myślisz, skąd ta niechęć do “puszczenia” książek?

      • Anvariel

        Dobre pytanie Kasiu. Wydaje mi się, że w mojej podświadomości ukształtowało się przekonanie, że posiadanie w domu dużej ilości książek dobrze świadczy o “poziomie” jego mieszkańców. Skąd takie przekonanie? Nie mam pojęcia. W domu rodzinnym książki były, ale nie w nadmiarze i nigdy czytania nie gloryfikowano. Z drugiej strony książka to była jedna z tych rzeczy, na które moja mama dawała mi pieniądze w miarę często, chociaż nigdy się nam nie przelewało. Może jest to więc jakiś sentyment?

      • rawita

        Ja nie rozumiem wyrzucania dobrych książek. Mogę wyrzucić wszystko, ale nie to. Wraca się do nich, sięga na bieżąco (nawet jeżeli niezbyt często), zwłaszcza chodzi o niektóre “edukacyjne”, np. filozoficzne + porządną literaturę światową. Jakoś “wyrzucam, bo jestem minimalistką” takiego choćby Dostojewskiego, jest czymś, co nigdy do mnie nie przemówi. Co innego niektóre z pozycji beletrystycznych, zwłaszcza niezbyt dobre kryminały. Tym trzeba dać drugie życie.

      • Nikt nie mówi o wyrzucaniu. Ja też nie wyrzucam książek, tylko szukam dla nich dobrego domu. Wychodzę z założenia, że książki są po to, żeby ktoś je czytał, a nie żeby stały na półce. Jeśli książka jest dla mnie ważna i do niej wracam, wtedy zostaje, jeśli nie idzie w świat.

      • Paula

        U mnie w domu zawsze było dużo książek. Mój tata interesuje się historią i zbiera niektóre serie wydawnicze (np. z tzw. kotwiczką) i ogólnie jest urodzonym kolekcjonerem ;). I zawsze doceniałam to, że nie musiałam się nigdy bić o wypożyczenie lektury w szkolnej bibliotece, bo miałam ją w domu, w dodatku była to książka którą w moim wieku czytał mój tata albo mama, a nawet tak jak w przypadku Pana Tadeusza moja babcia, pradziadek i prapradziadek. Zawsze też mogłam sobie wybrać coś do czytania w wolnej chwili co czytali kiedyś moi rodzice i odkrywałam książki, których nigdy bym pewnie nie przeczytała, gdyby nie zbiory w moim domu. Ważne też jest to że mój tata dbał o porządek w biblioteczce, książki w różnych miejscach w domu rozdzielone były działami i segregowane nazwiskami autorów ;) Znacznie przyjemniej czytało się jednak stare książki mojej mamy, które na marginesach miały zapiski, podkreślone zdania itp., tata z kolei zachowywał sterylną czystość przy czytaniu.
        Ja też kolekcjonuję książki, które na różnych etapach mojego życia coś do niego wniosły, kiedyś być może sięgną po nie moje dzieci. Staram się też czytać i kupować tylko te książki które coś mi dają, nie uznaję kryminałów, romansideł i opowiastek w stylu Grocholi, tak samo mam zresztą z filmami, nie tracę czasu na te które nic nie zostawiają po sobie.

      • agacz

        Często przeglądam blogi okołominimalistyczne i zawsze wstrząsa mną absolutne zrozumienie, że ktoś ma problem z pozbyciem się ubrań i ogólna zgoda, że jest to szalenie trudne, połączone z kompletnym brakiem zrozumienia, że ktoś może mieć ten sam problem z książkami, filmami lub muzyką. Przestałam czytać któregoś anglojęzycznego bloga, gdy przeczytałam na nim “If you watch movies more than once, you need to get a life”. Mam w domu sporą biblioteczkę – zmierzyłam, ma 4 m i sięga pod sam sufit. Jest wypchana książkami. Każda z tych książek została przeczytana i zostanie przeczytana jeszcze raz. Zaglądam do nich przynajmniej kilka razy w tyg., mój mąż codziennie korzysta ze swoich książek naukowych. I tak, oglądamy nasze ulubione filmy po kilka razy i tak, mamy taką staroświecką kolekcję płyt cd zamiast trzymać wszystko na komputerze i mamy też – o zgrozo – gry komputerowe i tak, do nich też wracamy. Myślę, że ważne jest kryterium użyteczności. Może dla niektórych książki są przejawem statusu, dla nas to użyteczne przedmioty. Lubię spontanicznie, przed snem, zajrzeć do jakiejś i przeczytać ulubiony fragment, albo przypomnieć sobie coś, o czym zapomniałam, to jak zamienić kilka słów z przyjacielem. Moja szafa z ubraniami jest wielka, ale ubrań w niej malutko (resztę miejsca zajmuje sprzęt sportowy). Mam 3 swetry, w których chodzę przez całą zimę i nie mam żadnych ciuchów na imprezy. Bo nie chodzę na imprezy, nie lubię imprez. W tym czasie czytam moje “niepotrzebne” książki i czasem robię notatki na marginesach, bo mogę, bo nie są z biblioteki.

      • agacz

        Zorientowałam się, że mój post może zostać odebrany jako napastliwy czy agresywny. Przepraszam! Właśnie dlatego z przyjemnością czytam Twojego bloga, Kasiu, że bardzo mocno trzyma się rzeczywistości i nie próbujesz przekonywać ludzi, że powinni żyć mając tylko 100 przedmiotów. Wydaje mi się, że raczej trzymasz się tego, że należy pozbyć się rzeczy niepotrzebnych, z których się nie korzysta, a zostawić te, z których się korzysta. No więc ja z moich książek korzystam :)

      • Anna

        Ale sama przyznajesz, że to są książki, z których na bieżąco korzystasz, często do nich wracasz. Przecież nikt nie każe Ci ich wyrzucać/oddawać, jeśli to są przedmioty codziennego użytku. Też mam trochę książek i sporo filmów, które muszą zostać, bo lubię do nich wracać. Ale jeśli chodzi o książki/filmy kupione pod wpływem impulsu (coraz rzadziej, bo korzystam z biblioteki), np. kryminały, które czytam w weekend dla rozrywki i wiem, że nie będę do nich wracać, bo jest jeszcze cała masa kryminałów, których nie znam, to w takiej sytuacji nie mam sentymentów. Książki oddaję do pobliskiej biblioteki, zazwyczaj się tam z nich cieszą, bo to często nowości wydawnicze. Moim zdaniem to tak jak z ubraniami – chodzi o to, żeby w szafie były rzeczy przydatne, które lubisz i z których regularnie korzystasz (raz częściej, raz rzadziej, jak np. z eleganckiej sukienki na bardziej oficjalne okazje).

      • agacz

        Oczywiście, całkowicie się zgadzam! Jestem wielką fanką kryterium użyteczności i ciesze się, że na tym blogu ma ono poczesne miejsce. Sama najczęściej czytam najpierw książki z biblioteki lub w wersji elektronicznej i dopiero, gdy je pokocham, kupuję je sobie na papierze, żeby je mieć (mam też trochę literatury niższych lotów, która stanowi doskonały balsam na skołatane nerwy lub zakatarzony nos;)). Po prostu te rozmowy o książkach przypomniały mi te wszystkie inne minimalistyczne blogi, na których wszystkie książki traktowane są tak samo – jako łapacze kurzu, które trzyma się w domu nie wiadomo po co. I takie podejście mnie bardzo irytuje, bo nie bierze pod uwagę tego, że różni ludzie mają różne potrzeby, tylko próbuje wszystkich wpasować w ten sam schemat życia z zaledwie setką przedmiotów i kanapą z Muji;)

        Inna rzecz, która mnie zawsze intrygowała w tym temacie to argument “po co trzymać tyle książek, skoro można je mieć na czytniku w wersji cyfrowej”. I to mnie zawsze trochę śmieszy, bo w sumie, co za różnica w jakim formacie jest książka? Czy dążenie na siłę do tego, żeby nie mieć fizycznych książek w domu, nie jest też formą ciągłego myślenia o przedmiotach, od czego niby minimalizm ma odcinać? Czy rzeczywiście jest różnica między posiadaniem dużej ilości przedmiotów a dużej ilości plików? Pytam serio, ja nie widze różnicy, ale może inni tak…

      • Kasia W.

        Co do książek to zgadzam się z ravita. Pewne pozycje u mnie zostają i nie podejmuję żadnego podejścia żeby je wyeliminować. Poza tym osobiście lubię co jakiś czas wracać do książek i lubię je mieć pod ręką (a nie wypożyczać).

        Te które przejrzałam i postanowiłam puścić w obieg próbuje najpierw sprzedać na olx (male zainteresowanie, na 20 pozycji w ciągu 3 miesięcy sprzedały się 4), co jakiś czas wypuszczam tez książkę w ramach bookcrossing (na 43 “uwolnione” w ten sposób, 3 odmeldowały się u nowych czytelników:) – jedna we Włoszech, dwie w Chinach – bardzo mnie cieszy jak któraś się odmeldowuje:)

        Postanowiłam, ze jak do końca listopada te z Olx się nie sprzedadzą to przyniosę do biura z wlepka bookcrossing – może znajda się chętni do przygarnięcia:)

      • Anvariel

        Wyrzucanie nie wchodzi w grę. Jeśli mam się pozbyć książki to tylko poprzez jej sprzedaż/oddanie. Wyrzucić mogę tylko taką, która została zniszczona w stopniu uniemożliwiającym zniszczenie. Rzeczy dobrych nie powinno się wyrzucać, tylko dać im drugie życie,

      • Myślę, że to nie jest sentyment. Podpytuję nie bez powodu, trochę prowokacyjnie, bo właśnie piszę o tym fragment książki i mam pewną tezę :).

      • Anvariel

        Zaciekawiłaś mnie ;)

      • I bardzo dobrze! ;))

      • Ja natomiast przeszłam na “niechęć do papierowych książek” bardzo życiowo, że tak to nazwę.
        Studiowałam na raz dwa kierunki językowe i ilość książek do przeczytania (a co gorsze, do dźwigania w przygniatającej mnie do ziemi torbie i wożenia ich na trasie buw/dom komunikacją miejską) – jeden rok to więcej pozycji niż większość ludzi czyta w życiu (niestety) – sprawiła, że jak tylko wyszedł Kindle, kupiliśmy go i wprowadziliśmy zakaz kupowania książek papierowych. Ile ja bym dała za te wszystkie XIX-wieczne cegły na czytniku…

        A i przy przeprowadzce było dużo łatwiej:)

      • Magdalena Bojaryn

        Mi się książki kojarzą z czymś bardzo wartościowym w życiu. Z budowaniem własnej tożsamości, z rozwijaniem wyobraźni. Dlatego nie chce się ich pozbywać i cenię to, że je mam. Do dziś pamiętam emocje jakie budziły we mnie ksiązki czytane jak miałam naście lat. Dzieci z Bullerbyn miałam zniszczone, bo czytałam po kilka razy:), jak przyjzezdzałam do Babci na wakacje zawsze czytałam cała serie Ani z Zielonego Wzgórza. Zawsze odkrywałam coś na nowo i nie mogłam doczekac się tych najbardzie4j dla mnie umocjonujących momentów. Co ciekawe, teraz nie zdarza mi sie wracać do książek fabularnych. Do filmów za to dość czesto.

    • Diana

      Dla mnie metodą na minimalizowanie liczymy książek jest ichyba niekupowanie :) mam kilka kksiążek ze śmietnika i takich które dostałam od innych, które czekają aż je przeczytam. Po przeczytaniu książki historyczne w dużej mierze zostawiam dla siebie (Solżenicyn i jego “archipelag gułag”!!!), a pozostałe oddaje dalej. Dodatkowo mam kilkanaście książek z zakresu techniki ale te reż sukcesywnie próbuje przekazać znajomym….

  • Systematyczność to jest dobra droga do pozbywania się rzeczy bo inaczej ilości przytłaczają i nie ma się ochoty by się z tym rozprawić. Ja nadal walczę z własną przestrzenią…

  • Książek i biżuterii nie potrafię się pozbyć. Nawet zerwane koraliki zostawiam z intencją naprawienia

  • Kasiu, przesłałam Ci moją historię. Zapomniałam o książkach, też mam do nich sentyment.. I boję się, że pewnego dnia naprawdę przestaną drukować (będziemy czytać tylko w wersji elektronicznej) , więc trzymam dla przyszłych pokoleń ;) (każda wymówka jest dobra). A tak serio, próbowałam je sprzedać do osób skupujących książki, ale żadnej z nich nie pasowały tytuły.. A niby “skupują wszystko”, tia..

  • Wszystko fajnie, gdyby tylko nie te wszystkie “lądowały w koszu” i “wyrzucam”. Jesteśmy w jakiś tam sposób odpowiedzialni za to, co kupiliśmy i sam fakt, że nie ma tego w naszym własnym mieszkaniu, wcale jeszcze nie oznacza, że pozbyliśmy się problemu. Bo problem jest nadal, z tą różnicą, że teraz straszy na śmietnisku.

    • To prawda, ponosimy odpowiedzialność za zakupione towary, ale to nie znaczy, że mamy się pławić w wyrzutach sumienia. Myślę, że Weronika zastosowała tu pewien skrót z uwagi na objętość tekstu. Naturalnym jest, że zbędne przedmioty staramy się najpierw sprzedać, oddać, a gdy to odniesie skutku, dopiero wyrzucić. I tu też niezbędna jest np. segregacja śmieci – dokumenty na makulaturę itp. Finalnie jednak, najczęściej okazuje się, że pewne przedmioty zwyczajnie nie nadają się do wtórnego użytku i miejsce takich rzeczy jest na śmietniku, nie w szufladzie.

    • Marta Re

      Tak naprawdę jeżeli raz na jakiś czas bez wyrzutów sumienia wyrzucimy zbędne, zużyte czy naprawdę nie trafione rzeczy to końca świata nie będzie. Gorszym byłoby wciskanie komuś z otoczenia takiego przedmiotu gdyby nie chciał ( a znam takie przypadki) i robienie tej osobie przykrości. Oczywiście, że wszelkie przedmioty należy nabywać świadomie i zastanawiać się czy są na pewno nam potrzebne. Ale nie przeskoczymy faktu, że w dzisiejszych czasach jest nadmiar wszystkiego i to wszystko jest coraz gorszej jakości i częściej pewne rzeczy kupujemy. Nie będę gromadziła czegoś co jest zbędne w domu aby nie zaśmiecić wysypiska śmieci. We wszystkim potrzebny jest umiar.

      • Z tym że we wszystkim potrzebny jest umiar zgadzam się jak najbardziej. Nie należę do żadnej ze skrajności, jednak zauważyłam dziwną modę, zwłaszcza na zagranicznych blogach, na wyznaczanie sobie numerycznie określonej liczby rzeczy i wyrzucanie całej reszty w śmietnik. Co dla mnie jest po prostu absurdem, bo nie chodzi tutaj o “zaśmiecanie wysypiska” a raczej o to, że za wszystkim stoi praca sztabu ludzi, wytworzenie materiałów potrzebnych do produkcji jak i sam proces produkcji. Jeśli więc pozbycie się czegoś jest przemyślaną decyzją, to OK, jeśli jednak głupią zachcianką, to raczej średnio, bo prędzej czy później nam się to odwidzi i najzwyczajniej w świecie pójdziemy kupić tę rzecz raz jeszcze.
        A z wciskaniem rzeczy innym jeszcze się nie spotkałam. Swego czasu oddałam wiele rzeczy na grupie wymiankowej na fb i to była naprawdę cudowna sprawa. Poszło wiele książek, naczyń, ubrań itp. za przysłowiową czekoladę. I wszyscy byli zadowoleni :)

  • Carita

    Lubię mieć książki papierowe. Nie byle jakie, tylko te, z których korzystam lub które lubię i do nich wracam. Czuję się z nimi bezpieczniej w domu :) Pewnie, że życie ogołociło mnie już z tylu bardzo cennych uczuć, ludzi, wartości, rzeczy, miejsc, że gdyby ktoś zabrałby mi te wszystkie książki, to nie płakałabym. Ale sama nie mam ochoty się ich pozbywać, mimo że staram się stosować minimalizm, ale w wersji przyjemnej, nie drastycznej. Jeśli jednak chcecie się pozbyć niechcianych książek, to mam taki swój sposób prywatny, który wykorzystałam sama, pozbywając się tych książek, których ani nie chciałam czytać, ani trzymać w domu. Mieszkałam kiedyś vis a vis szpitala, przed drzwiami którego stał ogromny gazon na kwiaty. W bezdeszczowy dzień, idąc do sklepu, kładłam na tym gazonie po dwie książki, po trzy… Ludzi przechodzących w tym miejscu było dużo z racji szpitala, zresztą w szpitalu ludzie też się nudzą, więc jak im ktoś książkę przyniesie… Widziałam potem przez okno, że książki znajdowały nowych właścicieli. Może więc zróbcie tak samo. Jakaś ławka w parku… Szpital… Przychodnia… Poczekalnia… Dworzec… Tylko żeby nie miało się na deszcz, jeśli będziecie zostawiać na dworze :) Był kiedyś taki pomysł ławeczki, który próbowano rozpowszechnić w necie. Chodziło o to, żeby w każdym mieście była taka ławeczka, gdzie można zostawić książkę. W necie była strona z namiarami na takie ławeczki w każdym mieście. Ale to jakoś nie wypaliło, Przynajmniej u mnie, na mojej prowincji.

  • Janet

    Podoba mi się taki cykl – jestem jak najbardziej za ;)

  • Eka

    Ja właśnie dzięki Tobie dowiedziałam się, że jestem minimalistką. Całe życie (no może poza dzieciństwem) otaczam się tylko najważniejszymi rzeczami. Kiedyś myślałam, że jestem po prostu skromna :-) A tu masz…
    Jest tylko jedna rzecz, która nie mieści się w moim minimalizmie. To olbrzymia ilość książek, które mam, kocham i nie oddam za żadne skarby świata.

  • Ja myślę, o sobie, że jestem ‘na drodze do minimalizmu’. Praktyka mojego życia pokazuje jednak, że minimalistką nazwać się nie mogę – wciąż mam zbyt wiele rzeczy, brakuje mi systematyczności i stanowczości w zarządzaniu swoim zbiorem szpargałów, kupuję impulsywnie. Długa droga przede mną.

    • Marta Re

      Według mnie Twoja świadomość tego faktu to więcej niż minimalizm w tej chwili. Do tego minimalizmu dojdziesz i będzie on na pewno bardziej świadomy niż impulsywny minimalizm. ps. za impulsywny uważam, twierdzenie, że jest się minimalistą ale nie do końca łączenie tego z praktyką.

  • Mart Vesce

    Muszę przyznać że nie mam problemu z oddaniem książek, zaznaczam oddaniem, a nie: wyrzuceniem.
    Zawsze znajdę kogoś, komu dana książka się przyda. Dlatego książek nie kolekcjonuję, pożyczam z biblioteki. Plusy takiego stanu rzeczy: nie wydaję pieniędzy na książki (lepiej przeznaczyć je na podróże/wyjścia do teatru), nie dokładam przedmiotów do i tak małego mieszkania i podwyższam biblioteczne statystyki czytelnictwa:):):)

  • Odkąd się regularnie przeprowadzam, za każdym razem pozbywam się części ubrań i zbędnych rzeczy. Póki co dalej czuję, że mam wszystkiego jeszcze za dużo, więc w najbliższym czasie znów czeka mnie kolejna segregacja. Jedyne czego nie wyrzucam, to wszelakie duperele – lampy naftowe, świeczki, drewniane manekiny i inne, urocze małe “przydasie” z tego względu, że zwyczajnie je uwielbiam.

  • Pingback: Minimalizm w praktyce. Historia Oli - Simplicite()

  • kwiatuszek2104

    Świetny tekst, bardzo inspirujący. Zgubiłam adres Twojego bloga, gdy zaczęłam go czytać bardzo dawno temu. Cieszę się, że znów tu jestem. Pozdrawiam gorąco. Ania :)